sobota, 2 października 2010

Kadr tygodnia: Turks fruit (1973)

Olga (Monique van de Ven), Erik (Rutger Hauer)

czwartek, 30 września 2010

Inconscientes (2004)


Hiszpania, rok 1913. Stołeczne Koło Przyjaciół Psychiatrii ze zniecierpliwieniem oczekuje wizyty kontrowersyjnego Wiedeńczyka, doktora Zygmunta Freuda. Tuż przed jego przyjazdem w zagadkowych okolicznościach znika jeden z największych madryckich zwolenników teorii psychoanalizy, dr Leon Pardo (Àlex Brendemühl). Zaniepokojona małżonka lekarza, Alma (Leonor Watling), rozpoczyna poszukiwania na własną rękę. Prosi o pomoc męża siostry, Salvadora (Luis Tosar), który zdecydowanie odrzuca poglądy Freuda, a wszelkie ludzkie emocje uważa jedynie za wynik zaburzeń hormonalnych. Mimo różnicy charakterów nieprzejednany konserwatysta i wyzwolona dama wpadają już wkrótce na trop afery, w którą zamieszany był dr Pardo. Z każdym nowym faktem intryga staje się coraz bardziej zawikłana, a tajemnica wydaje się sięgać aż królewskiej rodziny.

Chyba nikt nie potrafi opowiadać o rewolucji obyczajowej tak barwnie i pomysłowo jak Hiszpanie, a "Nieświadomi" są tego najlepszym dowodem. Niezwykłość filmu Joaquína Oristrella tkwi nie tylko w błyskotliwym scenariuszu i pełnej fantazji realizacji. Reżyser finezyjnie czerpie z czarnej komedii, romansu czy wreszcie klasycznego kryminału, kluczem do sukcesu tak wybuchowej mieszanki czyniąc konsekwentną konstrukcję całej narracji. Opowieść osadzona na początku dwudziestego wieku odmalowuje na ekranie wyśniony koloryt epoki: niepowtarzalne stroje, wnętrza, dżentelmeński kodeks honorowy i przykazania etykiety ówczesnej inteligencji. Obraz który wyidealizowany, wręcz nierzeczywisty, staje się od pierwszej chwili atrakcyjny i pociągający. To subtelne odrealnienie korzysta z sentymentów zbiorowej wyobraźni odbiorców - Alma zachwyca się Modiglianim, przywołuje Oscara Wilde'a czy Conan Doyle'a. Wykreowany w "Nieświadomych" dowcipny dystans pozwala w historii Almy oraz Salvadora dostrzec coś więcej niż udaną farsę. Oristrell podobnie jak Almodóvar odbija w krzywym zwierciadle rozterki współczesnej mentalności. Jego bohaterowie, choć częściowo bezlitośnie przerysowani, zyskują sympatię widza. Od pewnego momentu stają się bowiem bezbronni wobec targających nimi namiętności, przez to bardziej zabawni, a jednocześnie bliżsi rzeczywistości. Zabieg, który już od czasów Antyku pozwala lekkości komedii rywalizować z ciężarem dramatu.

W dynamicznym duecie stworzonym przez Leonor Watling i Luisa Tosara aż kotłuje się od skrywanych uczuć i tłumionych fascynacji. Salvador chcąc nie chcąc, będzie zmuszony do konfrontacji ze światem podświadomości, rozczulająco rozdarty pomiędzy męskim uporem, honorem i ambicją, a całkowitym onieśmieleniem olśniewającą postacią Almy. Leonor Watling przebojem zdobywa każdy kadr filmu udowadniając, że jako aktorka ma do zaoferowania znacznie więcej niż piękny biust oraz mdłe umizgi (The Oxford Murders). Bezbłędnie sprawdzają się bohaterowie drugoplanowi - sfrustrowana, nieco histeryczna żona Salvadora, Olivia (Núria Prims), jej ojciec, ekscentryczny doktor Mira (Juanjo Puigcorbé), uzależniona od alkoholu pomoc domowa po przejściach (Mercedes Sampietro)... Każda postać wnosi do żywiołowej akcji temperament i humor, co zestawione z rozpędzoną intrygą nadaje "Nieświadomym" wyjątkową komediową dramaturgię. Rzecz jasna dzieło nie byłoby kompletne bez eleganckiej muzyki Sergio Moure'a oraz świetnych zdjęć Jaume Peracauli.

Od jakiegoś czasu twórcy, którzy podejmują się mariażu romansu z erotyką łatwo popadają w wulgarną rubaszność (The Ugly Truth) lub gubią gdzieś po drodze cały wdzięk (Prime). Oristrellowi udało się zachować równowagę między tym co pociągające, a tym co śmieszne. Pożądanie rozgrywa w niedopowiedzeniach, intryguje bez przekraczania granicy dobrego smaku. Może to dzięki temu "Nieświadomych" docenia się z każdym kolejnym seansem coraz bardziej. Kino nadal potrafi być sztuką.

wtorek, 14 września 2010

Kadr tygodnia: The Apartment (1960)

Fran Kubelik: I'd like to spell it out for you... only I can't spell!

niedziela, 12 września 2010

The Thomas Crown Affair (1968, 1999)


Thomas Crown - businessman, playboy, esteta, amator ekstremalnych sportów. Człowiek, który dodaje emocji niedzielnej partii golfa, pod byle pretekstem zakładając się o tysiące dolarów. Mężczyzna, którego urokowi nie oprze się żadna kobieta. Bohater, który może mieć wszystko, o czymkolwiek zamarzy. A Thomasowi Crownowi (Steve McQueen) marzy się napad doskonały.
Wcielenie w życie planu obrabowania banku przebiega zaskakująco łatwo. Obeznany z tajnikami świata finansów bohater nie ma również problemów z odpowiednim ulokowaniem uzyskanego kapitału. Wymiar sprawiedliwości okazuje się całkowicie bezradny wobec perfekcyjnego skoku. Towarzystwo ubezpieczeniowe, pragnąc zbadać dokładniej okoliczności napadu, wysyła na miejsce swojego detektywa. Jest nim Vicky Anderson (Faye Dunaway). Atrakcyjna, niezależna i nieprzeciętnie inteligenta kobieta zaczyna wkrótce podejrzewać Crowna. Zrobi wszystko, by dostarczy obciążające go dowody.

"Sprawa Thomasa Crowna" w reżyserii Normana Jewisona to przedziwna kryminalna ballada powstała na styku melodramatu i kina rozrywkowego. Dzieło skrajnie manieryczne, niepozbawione swoistego uroku produkcji o zaprzepaszczonym potencjale. Bo czy nie jest dla widza co najmniej intrygującym wyzwaniem zmierzyć się z jedną z najbardziej grafomańskich scen erotycznych w historii kina, tudzież przetrwać ekscentryczną rewię kapeluszy, jaką prezentuje na ekranie Faye Dunaway? Niestety, niedostatki filmu sięgają znacznie głębiej.

Scenariusz autorstwa Alana Trustmana pełen jest haniebnych luk i nieścisłości, co doprawdy trudno wybaczyć historii kryminalnej. Krytyczne dla fabuły zwroty akcji zaprezentowane są mało klarownie, pobieżnie lub wcale. Wystarczy choćby przywołać scenę, w której ambitna Vicki po raz pierwszy wpada na trop Crowna. Zamiast błyskotliwej dedukcji widzimy, jak bohaterka kieruje się niezawodną kobiecą intuicją i trudno oprzeć się tym momencie wrażeniu, że umiejętności zawodowe zdecydowanie bardziej kwalifikują ją na stanowisko wróżki niż detektywa ubezpieczeniowego. Reżyser stara się odwrócić uwagę od dziur w narracji, w sekwencjach sensacyjnych dzieląc ekran na kilkanaście niezależnych obrazów. Zabieg mający zdynamizować opowieść i zaangażować widza przyniósł efekt całkowicie odwrotny, zresztą nie zagościł na trwałe w hollywoodzkich produkcjach.
Jednak tym, co w "Sprawie Thomasa Crowna" razi najbardziej, jest fatalnie poprowadzony wątek romansu między dwojgiem głównych bohaterów. Przy charyzmatycznym i intrygującym Crownie postać Vicki Anderson wypada blado, a miejscami wręcz karykaturalnie. Mimo widocznych wysiłków Faye Dunaway nie udaje się nadrobić braków scenariusza. Uroda aktorki ginie pod tonami makijażu i idiotycznymi fryzurami. Trudno uwierzyć, żeby obdarzony nienagannym gustem playboy dał się uwieść krzykliwym tipsom oraz doklejanym rzęsom. Również pod względem intelektualnym Vicki nie wydaje się godnym Crowna przeciwnikiem. Wszystko to sprawia, że ich wzajemna fascynacja ukazana na ekranie pozbawiona jest jakichkolwiek zrozumiałych dla widza przesłanek.

Na szczęście jest jeszcze Steve McQueen. Jego rola w wielkim stylu ratuje przedsięwzięcie Jewisona. W interpretacji genialnego aktora Thomas Crown staje się bohaterem niezwykłym. To napiętnowany romantycznym Weltschmerzem nietscheański nadczłowiek i wieczny chłopiec o nonszalancji kowboja w jednej osobie. Zaplanowany przez niego napad na bank nie okazuje się kolejną rozrywką zblazowanego milionera. Crown odczuwa głęboką potrzebę walki z systemem, intryguje go wyzwanie na granicy autodestrukcji. McQueen bez problemu nadaje wiarygodności portretowi psychologicznemu, który przecież z punktu widzenia kina akcji należałoby uznać za co najmniej ryzykowny. Nagrodzona Oscarem piosenka "The Windmills Of Your Mind" znakomicie komponuje się z bezcenną nostalgiczną nutą, która za sprawą tytułowego bohatera wkrada się w fabułę.

Thomas Crown powrócił na ekran trzydzieści lat później pod postacią Pierce'a Brosnana. Tym razem zamożny businessman postanawia ukraść obraz Moneta, a ścigającą go agentką ubezpieczeniową jest Catherine Banning (Rene Russo). Pośród twórców remake'u odnajdziemy prawdziwą sztafetę artystów oraz solidnych rzemieślników kina rozrywkowego. Batutę reżysera powierzono Johnowi McTiernanowi, nad scenariuszem pracowali Leslie Dixon oraz Kurt Wimmer. Wydaje się, że dzięki ich wspólnym wysiłkom w nowej wersji przygód playboya-złodzieja udało się uniknąć większości błędów poprzednika.

Akcję przeniesiono do czasów współczesnych, uzupełniono niedostatki narracji oraz znacznie rozbudowano główną rolę kobiecą. Jak na mistrza kina akcji przystało, McTiernan należycie wyeksponował wątki sensacyjne - tu wielkie brawa należą się przede wszystkim za brawurową finałową sekwencję w muzeum. Co ciekawe, nie udało się uniknąć dość żenującej aranżacji scen erotycznych, która w epoce po "Nagim Instynkcie" nie powinna mieć miejsca. "Sprawa Thomasa Crowna" stała się przyjemnym romansem sensacyjnym. Ulotnił się gdzieś filozoficzny ciężar oryginału, tytułowy bohater pozbawiony został wszelkiego spleenu i choć odwiedza psychoanalityka (w tej roli Faye Dunaway), to robi to ewidentnie z pobudek czysto rozrywkowych. Thomas Crown działa na zasadzie Deus ex machina, przez co usuwa się nieco w cień i otwiera pole dla popisu Catherine Banning. Rene Russo z powodzeniem bierze na siebie ciężar narracji. Jej postać - nota bene koszmar każdej feministki - klasycznie prowadzi nas przez wszelkie zawiłości fabuły. Niestety romansowi bohaterów po raz kolejny zabrakło kilku oryginalnych rozwiązań, o które ten wątek aż się prosi. Zamiast nich dostajemy zestaw tendencyjnie melodramatycznych zabiegów, z zapłakaną panią detektyw moknącą w ulewnym deszczu na środku ulicy na czele.

Zrealizowany pod koniec XX wieku remake we frapujący sposób uwypuklił zarówno wszystkie wady, jak i zalety słynnego poprzednika. Dziś zestawienie obu tych filmów pozwala dostrzec pewną jakość, którą zatraciły współczesne produkcje wysokobudżetowe. Jakość, o której przywrócenie do kina głównego nurtu małymi kroczkami walczy między innymi Christopher Nolan. To umiejętność przemycenia przekazu pozostawiającego widzowi materiał do przemyśleń jeszcze na długo po napisach końcowych.

poniedziałek, 6 września 2010

Kadr tygodnia: The Philadelphia Story (1940)

Connor:
Somewhere over the rainbow
Way up high,
There's a land that I heard of
Once in a lullaby.

czwartek, 2 września 2010

Gambit (1966)


Jeśli okradać milionera, to tylko z brytyjskim czarem i wdziękiem. Harry Tristan Dean (Michael Caine) opracowuje szczegółowy plan zdobycia bezcennego popiersia chińskiej cesarzowej, będącego ozdobą prywatnej kolekcji Ahmada Shahbandara (Herbert Lom). Dean chce wykorzystać jedyny czuły punkt ekscentrycznego bogacza - miłość do zmarłej przed laty żony. Sprytny oszust zawiera umowę z tancerką Nicole (Shirley MacLaine). Podając się za parę z wyższych sfer, Nicole i Dean wynajmują apartament w hotelu milionera. Odpowiednio ucharakteryzowana dziewczyna do złudzenia przypomina dawną panią Shahbandar, dzięki czemu bohaterowie otrzymują zaproszenie na kolację w towarzystwie zaintrygowanego właściciela popiersia.

"Gambit" podbija serce widza wszystkimi środkami, jakimi tylko dysponować może komedia kryminalna. Nie wypada wprost zdradzać dowcipnego zabiegu narracyjnego, na którym oparta jest cała historia, jednak bez wątpienia uczynił on film Ronalda Neame'a jednym z najbardziej błyskotliwych przedstawicieli gatunku. Scenariusz utrzymany jest w duchu niezapomnianych kryminałów Agaty Christie, żeby wymienić tu "Zabójstwo Rogera Acroyda" czy "Dziesięciu Murzynków". Podobnie jak u brytyjskiej mistrzyni, fabuła zaowocuje zwrotami akcji, które zdynamizują opowieść, nadając jej dziś rzadko już spotykanego eleganckiego kolorytu. Zawarte w "Gambicie" pomysły zainspirowały z pewnością twórców zrealizowanego trzydzieści lat później "Entrapment". Słynna sekwencja, w której Catherine Zeta-Jones dzięki akrobatycznym zdolnościom pokonuje pułapkę laserowych wiązek, ma swój pierwowzór w ekranowych poczynaniach tancerki Nicole.

Konstrukcja "Gambitu" opiera się na pomysłowej zabawie z konwencją kryminału. Akcja co chwila wykracza poza przejrzysty dla widza fabularny schemat, a rewelacyjne kreacje aktorskie stają się niewyczerpanym źródłem komizmu. Postać Michaela Caine'a to zaskakująca mieszanka dżentelmena i cwaniaka. Herbert Lom potrafi nadać milionerowi Shahbandarowi odpowiednią klasę oraz szyk, co stanowi przyjemny kontrast względem szalonych występów aktora w cyklu "Różowej pantery". Wreszcie olśniewająca Shirley MacLaine momentami brawurowo kradnie widowisko obu ekranowym partnerom. Rozszczebiotana i rezolutna Nicole dowcipnie kontrastuje z opanowanym Deanem, przy czym MacLaine z sobie tylko właściwym urokiem zabarwia tę rolę dozą subtelnego seksapilu.

Dzieło Ronald Neame'a urzeka po latach powabem nieco zapomnianego klasyka. "Gambit" posiada ten sam unikalny glamour, który Woody Allen przywołał w "Drobnych cwaniaczkach czy "Scoop". Miło przywołać Hollywood, które z gracją żongluje swoimi największymi rozrywkowymi atutami.

sobota, 7 sierpnia 2010

Kadr tygodnia: Batman Forever (1995)



Dr. Chase Meridian: What is it about the wrong kind of man? In grade school it was guys with earrings. College, motorcycles, leather jackets. Now, *oh*, black rubber.
Batman: Try firemen, less to take off.

Dellamorte Dellamore (1994)



Italo Calvino otwierał pierwszy z cyklu swych amerykańskich wykładów, pisząc: "Najczęściej moje pisarskie zabiegi polegały na odejmowaniu ciężaru; starałem się zdejmować ciężar z ludzkich postaci, z ciał niebieskich, z miast; starałem się odciążyć zwłaszcza strukturę opowieści i sam język." Mistrz włoskiej prozy nie tylko wyróżnił lekkość jako odrębną kategorię estetyczną, nadał jej wręcz rangę jednej z najcenniejszych wartości w literaturze światowej. Wydaje się, że umiłowanie do lekkości towarzyszyło również rodakom słynnego pisarza, twórcom jednego z najbardziej oryginalnych horrorów w kinematografii światowej, "Dellamorte Dellamore".

Głównym bohaterem filmu jest Francesco Dellamorte (Rupert Everett), grabarz na cmentarzu małej włoskiej mieściny Buffalora. Zblazowany Francesco mieszka na terenie nekropolii wraz ze swoim niedorozwiniętym pomocnikiem Gnaghim (François Hadji-Lazaro). Wieczory spędza w spokoju sącząc butelkę regionalnego wina, czytając książkę telefoniczną albo sklejając tajemniczą popękaną czaszkę. Na biurku bohatera zawsze w pogotowiu czeka rewolwer. Z niewyjaśnionych przyczyn niektórzy mieszkańcy Buffalory ożywają siedem dni po złożeniu do grobu, a wieczny spokój może przywrócić im tylko celny strzał w głowę, choć Gnaghi nie gardzi również tradycyjnym zamachem zaostrzoną łopatą.
Bohater stara się zachować plagę zombie w tajemnicy. Powiadomienie burmistrza wiązałoby się z koniecznością stawienia czoła włoskiemu aparatowi administracyjnemu, na co Dellamorte wcale nie ma ochoty. Zamiast tego ze stoickim spokojem akceptuje kolejne absurdy prowincjonalnej rzeczywistości, dopóki na jego drodze nie pojawi się piękna wdowa (Anna Falchi).

Scenariusz "Dellamorte Dellamore" ma strukturę nowelową. Poszczególne segmenty połączone postacią głównego bohatera tworzą misterną mozaikę zazębiających się motywów krążących wokół tematów miłości i śmierci, nawiązując tym samym do wielkiej tradycji włoskiej narracji sięgającej "Dekameronu". Płynność, z którą widz przenoszony jest pomiędzy poszczególnymi rozdziałami historii to niewątpliwie zasługa scenarzystów, Gianni Romoli i Tiziano Sclavi. Reżyser, Michele Soavi, z fantazją wykorzystuje wszelkie środki poetyki fumetti neri. Światem, w którym osadzeni są Francesco i Gnaghi rządzą nieprzewidywalne, irracjonalne prawa. Tutaj makabra nieustannie miesza się z humorem i groteską. Widz zaskakiwany jest oryginalną satyrą na Włochów, wysmakowaną turpistyczną erotyką czy wreszcie przewrotną egzystencjalną zagadką. Mimo iż tempo opowieści nie zwalnia nawet na moment, Soavi bez problemu znajduje miejsce na doskonale skomponowane, malownicze kadry. Każda sekwencja "Dellamorte Dellamore" zachwyca przemyślaną i pomysłową kolorystyką, a zarazem swobodą realizacji.

Rupert Everett łączy w postaci grabarza elegancki angielski spleen z beztroską włoskiego vitellone i z miejsca zyskuje sympatię widza. Choć wzorem dla filmowego Dellamorte był słynny komiksowy detektyw Dylan Dog, charyzma Everetta pozwoliła mu stworzyć unikatową, zajmującą kreację, na pewno jedną z najważniejszych w jego karierze. Anna Falchi w roli ukochanej głównego bohatera olśniewa i fascynuje urodą. Kusicielska, zmysłowa, przywodzi na myśl tajemnicze damy z kart klasycznych gotyckich powieści. Wreszcie François Hadji-Lazaro jako sympatyczny Gnaghi ożywia drugi plan abstrakcyjnym humorem.

Calvino zwraca w swoim wykładzie uwagę, że cechą idealnej literackiej lekkości jest szacunek do ciężaru, którego pozbawia portretowaną rzeczywistość. "Dellamorte Dellamore" choć radośnie igra z konwencją, tkwi głęboko w tradycji prawdziwej ekranowej grozy. To kino, które wierzy w widza.

niedziela, 25 lipca 2010

Kadr tygodnia: Shadow of the Vampire (2000)


"I would like some makeup."
Willem Dafoe jako Max Schreck

czwartek, 15 lipca 2010

This Gun For Hire (1942)


Zabójstwo chemika-szantażysty było łatwym zadaniem, za które Philip Raven (Alan Ladd) został hojnie wynagrodzony. Reprezentujący anonimowego zleceniodawcę pośrednik, Willard Gates (Laird Cregar), okazał się zniewieściałym mięczakiem. Płatny morderca nie spodziewał się, że koperta z pieniędzmi, którą odebrał, zawiera numerowane banknoty. Gates otrzymał polecenie, aby zatrzeć wszystkie ślady. Na trop Ravena błyskawicznie wpada detektyw Michael Crane (Robert Preston). W międzyczasie narzeczona Crane'a, szansonistka Ellen Graham (Veronica Lake) dostaje pracę w nocnym klubie Gatesa. Losy bohaterów splatają się w pociągu do Los Angeles, kiedy uciekający przed policją Raven siada obok uwodzicielskiej Ellen.

"This Gun For Hire" to jeden z żelaznych klasyków filmu noir. Na widza czeka misternie utkana, zawiła intryga zaczerpnięta z powieści Grahama Greene'a, który mistrzostwem w budowie kryminalnych wątków nie ustępował samemu Chandlerowi. W kinie noir rywalizacja policjantów i bandytów traci całą niewinność. Tradycyjnie traci ją przez kobietę. Pomiędzy męskie archetypy wkracza złotowłosa femme fatale, z pozoru naiwna i niewinna Veronica Lake. Moralna dwuznaczność, którą wprowadza jej bohaterka otwiera drogę dla nowej dramaturgii, do pogłębienia hollywoodzkiej fascynacji złem. Podobnie jak Humphrey Bogart w "High Sierra" czy Sterling Hayden w "Asfaltowej dżungli", Alan Ladd kreuje tragiczną postać zbrodniarza pozbawionego możliwości odkupienia win. Paradoksalnie z czworga głównych bohaterów jedynie detektyw Crane pozostaje nie wtajemniczony w mroki okrutnej szpiegowskiej rozgrywki. Pozwala to obrońcy sprawiedliwości zachować niezachwianą postawę rycerza na białym koniu jednocześnie sprawiając, że obowiązkowy triumf dobra w ostatnich kadrach pozbawiony zostaje kojącej jednoznaczności.

Frank Tuttle stworzył dzieło, które nie zestarzało się ani odrobinę. Każda sekwencja jest pomysłowa, w każdej odnajdziemy trafiony filmowy zabieg i oryginalne rozwiązanie. Olbrzymia w tym zasługa zdjęć Johna Seitza, które można pokazywać jako przykład idealnego wykorzystania gry czerni i bieli. Ale "This Gun For Hire" nie weszłoby do kanonu, gdyby nie znakomicie dobrana obsada. Alan Ladd oraz Laird Cregar doskonale się uzupełniają jako czarne charaktery, usuwając nieco w cień szlachetnego Roberta Prestona. Jednak tak naprawdę na ekranie króluje Veronica Lake. Aktorka z zaskakującą łatwością rozbudowuje swoją rolę, uwalniając się płynnie ze stereotypu słodkiej blondynki. Na szczęście nie rezygnuje przy tym z magnetycznego seksapilu. Zmysłowy, wypełniony magicznymi sztuczkami taniec bohaterki zapowiada słynny występ Rity Hayworth i doprawdy szkoda, że tak rzadko wspomina się go w annałach kinematografii.

Film noir przemawia językiem, który amerykańska kinematografia rozwinęła w odpowiedzi na restrykcyjny kodeks Haysa, przemycając erotykę i przemoc w gustownych niedopowiedzeniach. Gatunek, który fascynuje kolejne pokolenia filmowców i widzów znalazł idealną realizację w "This Gun for Hire".



sobota, 10 lipca 2010

Kadr tygodnia: The Proposition (2005)


"There's night and day, brother, both sweet things; sun, moon, and stars, brother, all sweet things; there's likewise a wind on the heath. Life is very sweet, brother; who would wish to die?"

George Borrow, Lavengro

czwartek, 8 lipca 2010

6. Festiwal Kino Poza Kinem, Filmowa Góra 2010

Kino niezależne pod niebem warszawskiej wytwórni wódki Koneser. To już szósta edycja Filmowej Góry - festiwalu, który jednocześnie gości w Zielonej Górze, Supraślu oraz w stolicy. Na pierwszy tegoroczny pokaz organizatorzy wybrali osiem etiud studenckich. Trzeba przyznać, że wieczorny chłód dość szybko zniechęcił większość widzów, jednak wysoki poziom zaprezentowanych miniatur zdołał zrekompensować wszelkie niedogodności tym, którzy zostali.


"MC. Człowiek z winylu" w reżyserii Bartosza Warwasa nawiązuje do bogatej tradycji dowcipnego paradokumentu, zapoczątkowanej niemal sześćdziesiąt lat temu przez Felliniego nowelką "Un agenzia matrimoniale" w filmie "Miłość w mieście". "Człowiek z winylu" opowiada historię młodego polskiego poety (Marcin Łuczak), który zaraz przed wybuchem stanu wojennego powołuje do życia nowy gatunek muzyczny - rap. Zaangażowane politycznie teksty szybko przykuwają uwagę zarówno komunistycznej władzy, jak również światowych mediów. Jako inspirujący całe pokolenie buntownik MC trafia do więzienia. Jego zekranizowane losy uzupełnione są krótkimi wypowiedziami znanych przedstawicieli muzycznej branży, m.in. Zbigniewa Hołdysa, Hirka Wrony czy Krzysztofa Skiby.
Zrealizowany z polotem i dużą swobodą filmowego rzemiosła "Człowiek z winylu" okazał się pierwszym pozytywnym zaskoczeniem wieczoru. Choć obecna w fabule rzewna nuta kontrastuje z odświeżającą lekkością całości, etiuda Warwasa ma w formie i treści zadziorną młodzieńczą rebelię, zyskując tym samym odpowiednią siłę wyrazu.

"Nocna zmiana" Małgorzaty Kozery to jedna noc z życia Stefana (Arek Detmer) - pracownika naukowego, który zatrudnia się jako dostawca pizzy na warszawskim Ursynowie. Już przy pierwszym zamówieniu bohaterowi dane będzie spotkać się ze specyficzną życzliwością mieszkańców słynnej dzielnicy. Chwilę później na klatce schodowej Stefan pozna zapłakaną Dagmarę (Anna Nykowska). Poczęstowana papierosem dziewczyna nieoczekiwanie pomoże mu odnaleźć kolejny adres w plątaninie osiedlowych uliczek, a noc szykuje dla bohaterów jeszcze kilka niespodzianek.
Krótki metraż Kozery przepełnia rodzima specjalność w postaci nużącej nostalgii. Potencjalnie ciekawy dialog oraz zajmujące kreacje aktorskie zostają pozbawione jakiejkolwiek dynamiki przez niemiłosiernie ascetyczny montaż. Konwencja zastosowana z powodzeniem do kilku sekwencji, jak choćby odwiedzin Stefana u znajomego profesora czy spotkania na przystanku autobusowym, rozciągnięta na całość dzieła zbliża "Nocną zmianę" w stronę szlachetnej nudy pozbawionej realnego dramatu. Kameralnie, miejscami wręcz z urokiem, ale ciągle zbyt blisko teatru telewizji.


"Esma" nakręcona przez Pawła Tarasiewicza atakuje widza jako odważna mieszanina postapokaliptycznego science-fiction oraz cyberpunkowego kiczu. Historia rozgrywa się w świecie przyszłości, w którym ponętne, ubrane w obcisłe skórzane stroje bohaterki walczą o przedłużenie życia przy użyciu specjalnego skanera. Tytułowa bohaterka, Esma (Antonina Jakovenko), szuka zemsty na Lizie (Inna Wierusz), która zdradziła ją podczas pierwszej próby przejęcia poszukiwanego przez dziewczęcy gang urządzenia.
Tarasiewicz wypowiada się krótko, agresywnie i z wyobraźnią. Śmiało nawiązuje do amerykańskiej klasyki, Georga Millera czy Russa Meyera, choć stylistycznie wydaje się spadkobiercą Tsukamoto. Reżyserowi "Esmy" brakuje jedynie dawki postmodernistycznej przemocy, tak charakterystycznej dla twórczości słynnego Japończyka. Szkoda, gdyż finał etiudy aż prosi się o bardziej drastyczne akcenty.



Piotr (Grzegorz Mielczarek) cierpi na zespół Tourette'a. W sposób niekontrolowany wyrzuca z siebie przekleństwa, którym towarzyszą spazmy i nerwowe tiki twarzy. Pracuje jako realizator dźwięku w studiu nagraniowym. Pewnego dnia zakochuje się w przedszkolance Kasi (Magdalena Kumorek), która korzysta z uprzejmości kolegi Piotra i nagrywa swoim podopiecznym kołysankę o Królu, Paziu i Królewnie. Nieśmiały bohater walczy z myślami, zanim zdecyduje się zaprosić ukochaną na randkę. Zwłaszcza, że za wszelką cenę postara się ukryć przed dziewczyną swoją chorobę.
"Brzydkie słowa" Marcina Maziażewskiego pozostawiają widza w niemym zachwycie. Dojrzała, nakręcona z wielkim wyczuciem etiuda znajduje język, którego od wielu lat brakuje polskiej tragikomedii. Atrakcyjna, doskonale wyważona dramaturgia angażuje widza w upośledzoną rzeczywistość bohatera. Reżyser prowadzi aktorów w sposób niezwykły, dając im okazję stworzenia intymnych, realistycznych portretów. Nie ma tu niepotrzebnych szarży, efektownie wylanych łez. "Brzydkie słowa" to obraz przepełniony wrażliwością, umiejętnością mądrego stawiania prawdziwych pytań. Marzenie kinomana: wielkie kino w małej formie.


"Osiem9" w reżyserii Pawła Jóźwiaka-Rodana aspiruje do miana portretu pokolenia. Marcin Łuczak wciela się w rolę Natana, nastolatka obracającego się w kręgu kultury hip-hopu. Natan nosi bluzy z kapturem i czapki z daszkiem, w wolnych chwilach siedzi przed komputerem i niezobowiązująco spółkuje z Anią (Justyna Wasilewska). Gdy nauczyciel ponagla go o oddanie wypracowania na temat "Moje pokolenie", bohater nie wierząc w swój talent pisarski postanawia nakręcić film. Zainspirowany dziełem Kieślowskiego przemierza korytarze liceum, zadając rówieśnikom krępujące pytania. Rzecz jasna prawdziwy materiał do filmu czeka Natana na organizowanej przez kolegów prywatce, gdzie koledzy nieświadomi obecności kamery odsłonią swoje prawdziwe troski i przemyślenia.
"Osiem9" to bolesna czkawka po kinie moralnego niepokoju. Wrażliwy bohater uświadomi sobie upadek wartości i bezmiar otaczającej go pustki moralnej. Jego szczere uczucie do obdarzonej ujmująco wulgarnym wdziękiem Ani nie okaże się odwzajemnione. Ideały siedemnastolatka zostaną wystawione tym samym na ciężką próbę. A może rocznik '89 nie ma już ideałów? Mimo iż w filmie Jóźwiaka-Rodana nie brakuje pomysłowo zaaranżowanych sekwencji, poziom scenariusza nie przekracza gimnazjalnego wypracowania. Banał goni banał, mniej lub bardziej sprawnie zmierzając do przewidywalnego rozwiązania. Moralitet z epoki "Bravo Girl!".


"Koniec sezonu" Oskara Kozłowskiego. Starsi ludzie, plaża, mewy, kamera. Prawdziwa miniatura, bez słów. Emocjonalna, piękna, wręcz wzruszająca. Cukierek, który onieśmiela wyrafinowaną prostotą smaku.


"ASAP", skrót od "As soon as possible". To termin, w jakim bohaterka, Ania (Katarzyna Wajda) musi uzyskać zgodę na wykorzystanie w kampanii reklamowej perfum obrazu malarza Mariana Zielińskiego (Grzegorz Wolf), żyjącego na uboczu mrukliwego odludka. Ania ani przez chwilę nie wątpi, iż artysta zgodzi się na bardzo korzystne warunki umowy. Na miejscu czeka ją przykra niespodzianka: Zieliński nie zamierza sprzedawać praw, w kilku słowach zbywa namolną dziewczynę. Zdeterminowana Ania próbując przekonać anachoretę, dociera do jego pracowni, gdzie powstają fascynujące kobiece akty.
Agnieszka Woszczyńska kręci obraz rozegrany w niedopowiedzeniach, przez co narracja etiudy oscyluje pomiędzy dziełem sztuki a filmową tandetą. Klimat oraz tematyka zdradzają pokrewieństwo do "Czterech Nocy z Anną" Skolimowskiego, choć można tu również szukać dalekich inspiracji w klasycznym "Blind Beast" Yasuzo Masamury. Intrygująco, acz na granicy kiczu, z malarskimi plecami Katarzyny Wajdy.


Wnuczek (Modest Ruciński) oraz Dziadek (Paweł Nowisz) przemierzają nocną porą wyboiste drogi polskiej prowincji z lat osiemdziesiątych. Natrafiają na rozbity samochód, na którego tylnym siedzeniu Dziadek znajduje walizkę pełną pieniędzy. Zamiast zaoferować pomoc rannemu kierowcy, mężczyźni zabierają cenną zdobycz i odjeżdżają własną furgonetką. Po drodze Wnuczek obezwładnia Dziadka przy pomocy łopaty. Wraz z walizką dociera do zaniedbanego pensjonatu.
"Osiem" Artura Gortatowskiego to fatalistyczna nowelka ze zbrodnią i różańcem w tle. Fabuła opowiada historię prostą i schematyczną, na szczęście całość z powodzeniem zamyka się w spójnej, atrakcyjnej wizualnie wizji reżysera. Dodatkowym smaczkiem jest nietypowa rola Jacka Fedorowicza, dzięki czemu "Osiem" staje się pozycją obowiązkową dla wszystkich miłośników niezwykłego talentu charyzmatycznego satyryka. Wypada czekać na pełnometrażowy debiut Gortatowskiego.


Zaoferowany na Filmowej Górze przegląd pokazał, że polska etiuda studencka stoi na coraz wyższym poziomie. Czy młode pokolenie filmowców sprawdzi się, stając za kamerą większych produkcji? Już za kilka lat przekonamy się czy dane im będzie rozwinąć skrzydła.
Dla zainteresowanych dalszymi atrakcjami festiwalu: www.filmowa-gora.pl.

niedziela, 4 lipca 2010

Kadr tygodnia: "Tesis" (1996)

"And the Infanta frowned, and her dainty rose-leaf lips curled in pretty disdain. 'For the future let those who come to play with me have no hearts,' she cried, and she run out into the garden."

Oscar Wilde, The Birthday Of The Infanta

sobota, 3 lipca 2010

Charlie Varrick (1973)


Amerykańska prowincja w stanie Nowy Meksyk. Powoli wstaje kolejny upalny dzień. Plan szajki Charlie'go Varricka (Walter Matthau) jest prosty. Ucharakteryzowany na fajtłapowatego staruszka Charlie pod byle pretekstem wywabia z gabinetu dyrektora banku, a dwóch zamaskowanych pomocników z zaskoczenia terroryzuje strażników. Zastraszony dyrektor zdradza szyfr do sejfu, bandyci zgarniają pieniądze, wskakują do zaparkowanego na zewnątrz samochodu i odjeżdżają z piskiem opon. Niestety, niespodziewana interwencja dwóch policjantów sprawia, że z napadu uchodzą z życiem jedynie Varrick oraz Harman Sullivan (Andrew Robinson). Mężczyźni odkrywają, że w ich ręce zamiast spodziewanych kilkunastu wpada ponad siedemset pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Tak pokaźna kwota może oznaczać jedynie pieniądze mafii i Charlie zdaje sobie sprawę, że wraz z Sullivanem nie mają dużo czasu na zorganizowanie ucieczki. Faktycznie już niebawem ich tropem wyrusza płatny morderca, kowboj o pseudonimie Molly (Joe Don Baker).

Film Dona Siegela to prawdziwa perła kina sensacyjnego. Nakręcona dwa lata po "Brudnym Harry'm" zawsze pozostawała w cieniu wielkiego poprzednika. A przecież to "Charlie Varrick" daje początek poetyce, której spadkobiercami w prostej linii zostali bracia Coenowie, Olivier Stone czy Sam Raimi. Również Quentin Tarantino zapożyczył z dzieła Siegela cytat, który w słynnym "Pulp Fiction" włożył w usta Marsalusa Wallace'a - "They're gonna strip you naked and go to work on you with a pair of pliers and a blowtorch". Jednym słowem kino bez "Charlie Varricka" nie wyglądałoby tak samo.

Tytułowy bohater wymyka się schematowi rządzącemu filmem sensacyjnym. Varrick nie jest ani podstarzałym policjantem, ani komandosem, nie przeżywa traumy wojennej. To były kaskader-pilot po pięćdziesiątce, prowadzący firmę zajmującą się opryskiem pól. Mieszka w przyczepie, na co dzień chodzi ubrany lekko niechlujnie, flegmatycznie przeżuwając gumę do żucia. Nic nie zapowiada, aby mógł stawić czoła potężnej mafijnej machinie. A jednak od pierwszej sekwencji napadu na bank zdajemy sobie sprawę, że to on jest najbardziej inteligentnym oraz doświadczonym z rabusiów. Mistrzowska reżyseria Siegela sprawia, że widz z napięciem śledzi kolejne poczynania Varricka, choć nie wydaje się, aby mogło mu udać się uciec przed zbliżającym się zagrożeniem w postaci psychopaty Molly'ego. Narracja rozpięta jest między tymi dwoma postaciami, a jej rytm wyznaczają spokojne, metodyczne przygotowania do mającej nastąpić w finale konfrontacji. Okaże się, że położone na uboczu miasteczka Stanów Zjednoczonych skrywają domy publiczne, nielegalne kasyna, meliny handlarzy bronią oraz fałszerzy, wystarczy tylko zapukać do właściwych drzwi.

Znany głównie z repertuaru komediowego Walter Matthau daje prawdziwy popis aktorskiego kunsztu. Jego Charlie Varrick to wrażliwy twardziel, którego bez wahania można postawić obok takich ikon gatunku jak Shaft (Richard Roundtree), Harry Callahan (Clint Eastwood) czy Paul Kersey (Charles Bronson), choć najbliżej mu chyba do niezapomnianego porucznika Columbo (Peter Falk). Joe Don Baker jako wynajęty przez mafię Molly jest bezwzględny, cyniczny oraz wystarczająco enigmatyczny, aby stworzyć przekonujący portret psychopaty. Dziś widzimy w nim pierwowzór dla takich postaci jak jeździec z piekła rodem, Leonard Smalls (Randall Cobb), z "Raising Arizona" czy Anton Chigurh (Javier Bardem) z "No Country for Old Men".

Don Siegel należał do tej klasy reżyserów, którzy nie musieli epatować przemocą, nie potrzebowali też ton materiałów wybuchowych, aby pozyskać uwagę widza. Oszczędny montaż, miejscami wręcz malarskie zdjęcia oraz znakomicie poprowadzeni aktorzy wystarczają do stworzenia wciągającego, pełnego napięcia widowiska. Początkowa sekwencja napadu na bank to niedościgniony przykład filmowej erudycji, który jeszcze czterdzieści lat później z zachwytem analizuje się scena po scenie. "Charlie Varrick" - inteligentne, męskie kino.

sobota, 26 czerwca 2010

Kadr tygodnia: Sherlock Holmes (2009)



"And when he speaks of Irene Adler, or when he refers to her photograph, it is always under the honorable title of the woman."
Arthur Conan Doyle, A Scandal in Bohema

niedziela, 20 czerwca 2010

Kadr tygodnia: "La Parisienne" (1957)


"Śniło mi się, że przechadzam się pod ogromnymi piniami w rozległym parku, gdzieś w okolicach Antibes. Spacerowicze, do których i ja należałem, mogli podziwiać między rzadko rosnącymi drzewami około tuzina monumentalnych rzeźb, osiągających ponad dwadzieścia metrów wysokości. Były to abstrakcyjne formy z przezroczystego szkła, prześwietlone igrającymi promieniami światła. Cudowne widowisko. Zapytałem o autora, odpowiedziano mi, że to Picasso, który po prostu odwzorował w powiększeniu kostki lodu ssane przez Brigitte Bardot."

Roland Topor

wtorek, 11 maja 2010

Pontypool (2008)


Wszystko zaczęło się od zaginięcia kota pani French. W Pontypool rozwieszono plakaty z dramatyczny ogłoszeniem: "Czy widziałeś Honey?". Jednak nikt nie widział zwierzaka do momentu, gdy panna Colette Piscine o mało nie rozjechała go na moście Pont de Flaque. Colette brzmi prawie jak "culotte", co jest francuskim określeniem na damskie majtki. "Piscine" to po włosku basen, "flaque" oznacza to samo po francusku. W tłumaczeniu na angielski: Panna Panty Pool o mało co nie rozjechała kota pani French na moście Pont de Pool w miasteczku Pontypool. Przypadkowa gra słów czy, jak wolałby Norman Mailer, zwiastun ważkich historycznych wydarzeń?


Bohaterem "Pontypool" jest Grant Mazzy (Stephen McHattie), radiowy DJ u końca swej kariery. Niegdyś popularny i rozpoznawany dzięki bezkompromisowym, kontrowersyjnym wypowiedziom, po latach doczekał się wygnania na kanadyjską prowincję. Grant Mazzy prowadzi poranny program, w którym zapełnia czas antenowy wieściami o wyprzedażach w lokalnym supermarkecie czy premierze najnowszej sztuki szkolnego teatrzyku. Producentka, Sidney Briar (Lisa Houle) czuwa pilnie nad trudnym do poskromienia językiem radiowego wygi, natomiast młodziutka realizatorka Laurel-Ann (Georgina Reilly) sympatyzuje z Mazzy'm i przymyka oko na szmuglowany do studia alkohol.
W objętym stagnacją Pontypool pewnego dnia nieoczekiwanie wybuchają zamieszki. Przed gabinetem doktora Mendeza (Hrant Alianak) gromadzi się tłum rozwścieczonych mieszkańców z niewiadomych przyczyn szturmujący wejście. Przebieg wydarzeń na żywo relacjonuje Ken Loney (Rick Roberts), na co dzień odpowiedzialny za lokalną prognozę pogody podawaną z rzekomo latającego nad miasteczkiem "Słonecznego helikoptera". W pierwszych doniesieniach pełno jest sprzecznych informacji, do studia napływają przerażające, pełne niezrozumiałych krzyków telefony od spanikowanych uczestników zajścia. Oficjalne źródła milczą aż do chwili, gdy BBC donosi o wkroczeniu na teren Pontypool francuskiej Gwardii Narodowej i objęciu miasta oficjalną kwarantanną.

"Pontypool" Bruce'a McDonalda to jedno z najciekawszych i najbardziej udanych dokonań kina grozy ostatnich lat. Błyskotliwa adaptacja powieści Tony'ego Burgessa "Pontypool Changes Everything" oferuje widzom mistrzowsko dozowane napięcie, odpowiednią dawkę makabry oraz karkołomną zmianę konwencji zakończoną z postmodernistycznym rozmachem.

Pierwsza część filmu okazuje się doskonale zrealizowanym dramatem dziennikarskim. Pozornie błaha, lokalna awantura w zastraszającym tempie przeradza się w wiadomość podawaną przez wszystkie krajowe media. Będący w centrum wydarzeń bohaterowie starają się wykorzystać wszelkie dostępne środki, aby przekazywać w eter rzetelne informacje. W jednej chwili stają się odpowiedzialni za weryfikację napływających zewsząd hipotez i domysłów. Na ekranie narasta atmosfera irracjonalnego zagrożenia. Akcja nie wykracza poza budynek rozgłośni, a kolejne relacje ze "Słonecznego helikoptera" przybierają coraz bardziej dramatyczny charakter. Gdy okazuje się, że za szerzącą się fale przemocy odpowiedzialny jest tajemniczy wirus, McDonald śmiało wkracza w stylistykę horroru. Na widza czeka jednak niespodzianka, bowiem scenariusz Burgessa wymyka się schematycznym rozwiązaniom. Historia już po chwili zbacza z utartego szlaku i zamiast przerodzić się w tradycyjny krwawy zombie survival inteligentnie rozwija tkwiący w niej abstrakcyjny potencjał.

Jedną z najmocniejszych stron "Pontypool" jest popisowy aktorski duet dwójki głównych bohaterów. Lisa Houle i Stephen McHattie doskonale wydobywają wszelkie niuanse relacji łączącej grane przez nich postaci. Rzadko mamy okazję oglądać równie znakomity występ w kinie grozy. Houle i McHattie są zresztą parą w życiu prywatnym i może właśnie w tym kryje się tajemnica.

"Pontypool" zasługuje na uwagę nie tylko ze strony amatorów gatunku. Pod fasadą horroru kryje się prawdziwa perła, wpisująca się w tradycję prozy Witkacego, Petera George'a, Anthony'ego Burgessa czy nawet Doroty Masłowskiej. Film stworzony do fascynującej lektury między wierszami.

sobota, 8 maja 2010

Were The World Mine (2008)


Życie nastoletniego geja uczęszczającego do męskiego liceum w dziesięciotysięcznym miasteczku nie może być usłane różami. Klasę wypełniają przystojni młodzieńcy, których głównymi pasjami są rugby i panienki. O romansie z przystojnym rozgrywającym Jonathonem (Nathaniel David Becker) można tylko pomarzyć, a na wytykanie palcami nie trzeba specjalnie długo czekać. Główny bohater, Timothy (Tanner Cohen) może liczyć jedynie na wsparcie kochającej matki Donny (Judy McLane) oraz wiernych indie-przyjaciół, Frankie (Zelda Williams) i Maxa (Ricky Goldman). Przyszłość wydaje się szara czy wręcz brutalnie przewidywalna do momentu, gdy nauczycielka angielskiego, pani Tebbit (Wendy Robie) odkrywa w Timothym prawdziwy aktorski talent. Zgodnie ze szkolną tradycją, a ku zgryzocie trenera Driskilla (Christian Stolte) wszyscy chłopcy z ostatniej klasy mają obowiązek wziąć udział w adaptacji "Snu nocy letniej". Przejęty rolą Puka bohater pod wpływem dziwnego impulsu sporządza miłosny napój zaklęty w bratku. Zgodnie z tekstem dramatu:

"Sok zeń spuszczony na śpiące powieki
Mężczyzn czy niewiast każe im miłować
Twór, który najpierw ujrzą po ocknieniu."

Nie byłoby może w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że napój Timothy'ego naprawdę działa.

"Were The World Mine" to dzieło przedziwne. Z jednej strony cierpi na wszelkie możliwe wady niskobudżetowej produkcji: momentami kiepskie aktorstwo niweczy przekaz kilku ambitniejszych dialogów, a niejedna sekwencja aż prosi się o muzyczny podkład. W wielu partiach filmu dość przykro rzuca się w oczy brak sensownego montażu czy ewidentny niedobór dubli. Jednak z drugiej strony oryginalny, dowcipny scenariusz i znakomicie zrealizowane sekwencje musicalowe sprawiają, że wiele z tych błędów skłonni jesteśmy filmowi Toma Gustafsona wybaczyć. Oniryczne wizje od początku towarzyszące marzycielskiemu Timothy'emu zgrabnie wprowadzają widzów w mające nastąpić bajkowe rozwiązania fabularne. Lekki ton narracji pozwala ograniczyć do minimum dydaktyczne queer drama, choć nie może obejść się bez obowiązkowego sportretowania aktów nietolerancji. Ich żartobliwym apogeum jest scena, w której społeczność miasteczka oburzona wywołaną przez bohatera falą homoseksualnych związków całą winą obarcza Szekspira, przypisując mu promowanie sodomii wśród młodzieży. Faktycznie, poddani działaniu magicznego bratka ludzie zaczynają używać zwrotów ze "Snu nocy letniej", szczególnie często przywołując zdanie Lyzandra "The course of true love never did run smooth" ("Nigdy pogodnie prawdziwej miłości strumień nie płynął"). Zapożyczeń i cytatów z dzieła angielskiego dramaturga można bez trudu odnaleźć w "Were The World Mine" znacznie więcej, między innymi w tekstach śpiewanych przez bohaterów piosenek. Przy czym to właśnie wspomniane musicalowe oblicze filmu okazje się najjaśniejszym jego aspektem. Tanner Cohen prezentuje olśniewający wokal, którego oprawą stają się kiczowate dekoracje szkolnego przedstawienia znienacka ożywione reżyserią Gustafsona. Zupełnie jakby za sprawą czarów za kamerą stanął inny człowiek. Aż żal, że całości dzieła zabrakło błyskotliwego rozmachu i profesjonalizmu, z którymi przeniesiono na ekran poszczególne utwory.

"Were The World Mine" to film, którego bezkrytycznie polecić doprawdy nie sposób. Seans z pewnością zaintryguje amatorów Szekspira oraz wysportowanych męskich torsów. Pozostałych widzów czeka jednak rozczarowujący niedosyt wrażeń. Tom Gustafson jest jeszcze o krok od prawdziwie fascynującego kina, pozostaje mu kibicować.


*Wszystkie cytaty ze "Snu nocy letniej" zaczerpnięte z przekładu Stanisława Koźmiana.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

The Girlfriend Experience (2009)


Christine ma dwadzieścia dwa lata. Jej chłopak Chris pracuje jako osobisty trener na siłowni. Chris zarabia 125 dolarów za godzinę. Christine za tyle samo czasu spędzonego z klientem bierze dwa tysiące.

Rozchwytywany i pracowity amerykański reżyser Steven Soderbergh staje za kamerą, aby dać widzom jeden z najciekawszych filmów obyczajowych ostatnich lat. "The Girlfriend Experience" to projekt, który mimo skromnego budżetu od początku otaczała aura skandalu. Do głównej roli zaangażowano młodą gwiazdę kina porno, Sashę Grey, a tagline na plakacie głosił: "See it with someone you ****". Okazało się, iż błyskotliwa reżyseria oraz duża swoboda twórcza pozwoliły Soderberghowi wyjść daleko poza granicę banalnej prowokacji, dzięki czemu seans powinien zainteresować nie tylko wielbicieli wdzięków panny Grey.

Christine to profesjonalistka w każdym calu. Wśród klientów, których przeważającą część stanowią zamożni bussinesmani, lepiej znana jest jako Chelsea. O jej usługach można dowiedzieć się za pośrednictwem Internetu tudzież od zaufanych znajomych. Przed spotkaniem obowiązuje krótka rozmowa telefoniczna. Chelsea prowadzi dziennik, w którym rzetelnie odnotowuje przebieg każdego wieczoru, łącznie z wyborem dań w restauracji, tematami konwersacji oraz dokładnym opisem dobranej przez siebie garderoby. Oprócz wizyt w drogich butikach jej czas wypełniają spotkania z fachowcami z branży, od specjalistów do spraw kreowania wizerunku w sieci poczynając, a na alfonsach z wyższych sfer kończąc. Chłopak Christine, Chris (Chris Santos) doskonale zdaje sobie sprawę z profesji ukochanej. Jako idealny partner troszczy się o nią, wspiera, a gdy trzeba podnosi na duchu. Stara się znaleźć lepiej płatną posadę i na ekranie częściowo śledzimy jego zawodowe perypetie. Jednocześnie tłem dla historii obojga bohaterów jest rzeczywistość amerykańskiego kryzysu gospodarczego.

"The Girlfriend Experience" zrealizowane jest w konwencji paradokumentu. Długie, statyczne ujęcia przeplatają się ze zdjęciami z wolnej ręki. Widz nieraz odnosi wrażenie, jakby patrzył na poszczególne sytuacje z ukrycia, jedynie podglądał wybrane momenty z życia Chelsea i Chrisa. Soderbergh przyjmuje stanowisko bezstronnego obserwatora, cały czas zachowując dystans wobec portretowanych postaci. Celowo zaburza chronologię wydarzeń, dzięki czemu bohaterów oraz łączące ich relację poznajemy stopniowo, a obraz zyskuje na dramaturgii.

Sasha Grey z powodzeniem wciela się w rolę Christine. Z ekranu ani przez chwilę nie przebija nuta fałszu tudzież niezręczności, które zwykły wkradać się do filmów fabularnych z kreacjami gwiazd kina porno - wystarczy tu przywołać z pamięci "Anatomię piekła" Catherine Breillat i występ słynnego Rocco Siffredi. Grey z dużym wyczuciem wykorzystała potencjał drzemiący w scenariuszu pióra Leviena i Koppelmana, stwarzając złożoną, zajmującą postać. Doprawdy nie można jej odmówić ekranowej charyzmy, którą reżyser ze swej strony umiejętnie manipuluje.

Końcowy efekt jest na tyle ciekawy, że pozwala Soderberghowi wyjść poza obyczajową historyjkę z życia eksluzywnej prostytuki. "The Girlfriend Experience" staje się wnikliwym i oryginalnym spojrzeniem na amerykańską mentalność. To studium bez naiwnych morałów, z wysmakowaną erotyką w tle. Pozycja obowiązkowa.

niedziela, 11 kwietnia 2010

Noc Horrorów

Multikina mają w zwyczaju organizować co jakiś czas "Noc Horrorów" - maraton filmowy, w trakcie którego prezentowany jest współczesny tryptyk kina grozy. Niestety repertuar tychże seansów zawsze pozostawia wiele do życzenia, a przecież przy odrobinie dobrej woli dałoby się przedstawić widzom trzy interesujące propozycje, nawet jeśli wybór ograniczyć tylko do dokonań gatunku z ostatnich dwunastu miesięcy. W związku z tym czytelnikom bloga proponuję pokrewne idei "Nocy Horrorów" zestawienie, które z powodzeniem można zrealizować w zaciszu domowym.



1. Zombieland (2009)

Film Rubena Fleischera kilka miesięcy temu gościł przez krótki okres w repertuarze rodzimych kin, mógł jednak ujść uwagi widzów, sprawiając na pierwszy rzut oka niekorzystne wrażenie. Na szczęście pod pozorem niesmacznej amerykańskiej komedii o eksterminacji krwiożerczych zombie kryje się solidna dawka sympatycznej rozrywki.

Bohaterem "Zombieland" jest Columbus (Jesse Eisenberg) - nastolatek, który jako jeden z nielicznych mieszkańców Stanów Zjednoczonych, a być może i świata, przeżył wybuch epidemii żywych trupów. Jak mu się to udało? Z jednej strony młodzieniec miał trochę szczęścia, z drugiej jednak opracował zestaw reguł, które znacznie zwiększają szansę na przetrwanie. Zaradny Columbus spotyka na swej drodze troje innych ocalałych - luzackiego kowboja Tallahassee (Woody Harrelson), zbuntowaną rówieśniczkę Wichita (Emma Stone) oraz jej rezolutną młodszą siostrę, Little Rock (Abigail Breslin). Mimo szalejącej wszem i wobec plagi umarlaków bohaterowie nie od razu nabiorą do siebie sympatii czy zaufania. Można powiedzieć, że będą musieli dojść do nich po trupach.

Należy lojalnie ostrzec potencjalnych widzów, iż kilka pierwszych scen "Zombieland" nie zapowiada udanego seansu. Przede wszystkim razi efekciarski, nachalny humor oraz sama formuła filmu przywodząca na myśl agresywną stylistykę MTV. Na szczęście wszystkie te wady szybko znikają. Gdy na ekranie pojawia się charyzmatyczny Woody Harrelson historia zaczyna nabierać rumieńców. Źródłem komizmu przestają być głupawe wstawki o uciekaniu przed zombie, zastępuje je bowiem znakomity dialog. Spotkanie dwojga bohaterów z przebojowymi siostrami zaowocuje kolejnym skokiem jakościowym i doprawdy wielkie brawa należą się w tym miejscu całej czwórce aktorów. Stworzonym przez nich wyrazistym, a jednocześnie potraktowanym z przymrużeniem oka postaciom udało się doskonale okiełznać szaloną konwencję całości.

Reżyser w pełni wykorzystał potencjał tkwiący w niezobowiązującej mieszance kina drogi, horroru, komedii oraz typowego teenage movie. Scenarzyści, Rhett Reese i Paul Wernick, użyli solidnego stelażu sprawdzonych fabularnych rozwiązań, aby w groteskową, postapokaliptyczną rzeczywistość wpleść zaskakująco dużo celnych dowcipów i obserwacji. W gusta kinomanów z pewnością trafią liczne filmowe odniesienia i żartobliwe cytaty. Przede wszystkim jednak urzekająca jest niejednokrotnie przebijająca z obrazu Fleischera tęsknota za niepowtarzalną specyfiką kina lat dziewięćdziesiątych. "Zombieland" z gracją dowodzi, że w kinie zawsze znajdzie się miejsce dla inteligentnej parodii, która z całą pewnością zasługuje na to, aby otwierać Noc Horrorów.



2. Drag Me To Hell (2009)

Nazwisko Sam Raimi znane jest każdemu miłośnikowi kina grozy. Reżyser, który trylogią "Evil Dead" zapisał się w historii horroru złotymi głoskami. Choć późniejsza przygoda z komercyjną produkcją, realizacja trzech części "Spider-Mana" zdecydowanie nie wyszła mu na dobre, Mistrz powraca w wielkim stylu. Jego najnowsze dzieło, "Drag Me To Hell" zachwyci każdego miłośnika klasyki gatunku, a młodszym widzom pomoże być może odnaleźć klucz do twórczości legend takich jak Dario Argento, Mario Bava czy Lucio Fulci.

Akcja filmu rozpoczyna się w momencie, kiedy Christine Brown (Alison Lohman), sympatyczna młoda pracownica działu pożyczek bankowych, starając się o awans zmuszona jest dowieść przed szefem swej asertywności i umiejętności podejmowania trudnych decyzji. Pech chciał, że przedłużenia długu pod hipotekę odmawia demonicznej Cygance, pani Ganush (Lorna Raver). Śmiertelnie obrażona staruszka rzuca na bohaterkę straszliwą klątwę Lamii - za trzy dni Christine zostanie uprowadzona żywcem przez demona do samego wnętrza piekieł. Dzielna i rezolutna dziewczyna nie zamierza jednak poddać się bez walki. Wszelkimi możliwymi środkami stara się odegnać zły urok, w czym pomagają jej narzeczony Clay (Justin Long) oraz spirytysta Rham (Dileep Rao).

Seans "Drag Me To Hell" przypomina przechadzkę po Domu Strachów w amerykańskim wesołym miasteczku. Reżyser nie ma zamiaru szokować obdzieraniem ze skóry, długowłosymi topielcami czy morderczym telefonem komórkowym. Zamiast tego dostajemy bardziej tradycyjny zestaw: gusła, latające garnki, rogatego belzebuba oraz seans spirytystyczny. Nie brak mistrzowskich, błyskotliwych sekwencji, w których humor i groza przeplatają się z zachwycającą łatwością, żeby wymienić tu chociażby konfrontację bohaterki z panią Ganush w podziemnym parkingu czy uroczysty obiad Chrisitne i Clay'a u zamożnych rodziców chłopaka. Fabuła rozwija się zgodnie z regułami sztuki i próżno szukać tu oryginalnych rozwiązań, ale wyraźnie nie leżały one w zamyśle twórców. Raimi i spółka raczej pokazują, jak atrakcyjne potrafi być kanoniczne podejście do horroru, w którym główną rolę gra dobra zabawa przyprawiona dreszczykiem emocji. Jest dzięki temu w "Drag Me To Hell" coś z trudno uchwytnej magii kina. Warto dać się oczarować.



3. Sorority Row (2009)

O ile dwie pierwsze propozycje na wieczór należy zdecydowanie zaliczyć do lżejszej odmiany kina grozy, o tyle trzeciej nie sposób odmówić odpowiedniego gatunkowego ciężaru. "Sorority Row" spełnia wszystkie wymogi solidnego horroru i z powodzeniem dostarczy dawki krwawych wrażeń na zwieńczenie maratonu.

Młodzieży nie od dziś trzymają się głupie dowcipy. Bohaterki filmu, grupa pięciu "sióstr" z licealnego bractwa Theta Pi pomagają swojej koleżance Megan (Audrina Patridge) zażartować z niewiernego chłopca, Garretta (Matt O'Leary). Niestety misternie uknuty plan zawodzi dość tragicznie, gdy skołowany chłopak przebija klatkę piersiową symulującej trupa Megan kluczem do wymiany opon samochodowych. Z szoku po wypadku pierwsza otrząsa się Jessica (Leah Pipes). Postuluje zamaskowanie miejsca zbrodni oraz pozbycie się truchła koleżanki poprzez wrzucenie go do opuszczonego szybu. Jedynie Cassidy (Briana Evigan) próbuje przeciwstawić się niemoralnej postawie "siostry", zostaje jednak zaszantażowana przez pozostałe dziewczęta. Mija osiem miesięcy i gdy wydawać by się mogło, że zbrodnia uszła niewiastom na sucho, na hucznej imprezie z okazji zakończenia roku szkolnego pojawia się zamaskowany morderca chcący pomścić śmierć ponętnej Megan.

Film Stewarta Hendlera nie zawiedzie fanów tzw. slasherów, stanowi bowiem iście podręcznikowy przykład realizacji założeń tej odmiany horroru! Pojawiające się na ekranie dziewczyny są atrakcyjne i mają liczne okazje do zaprezentowania swoich wdzięków, w tym podczas obowiązkowej sekwencji pod prysznicem. Mniej lub bardziej rozwiązłe bohaterki spędzają czas na plotkach, balangach i spółkowaniu z przystojnymi chłopcami. Znajdziemy pośród nich ostoję moralności, Cassidy, znerwicowaną prymuskę Ellie (Rumer Willis), zepsutą do szpiku kości Chugs (Margo Harshman), słodziutką Claire (Jamie Chung) oraz ambitną, acz wredną Jessikę. Dialog skrzy się od ciętych ripost i szpilek, które dziewczyny wbijają sobie przy każdej nadażającej się okazji. Sceny zabójstw są odpowiednio efektowne, nieraz pomysłowe, a narzędzie zbrodni należycie wyeksponowane. Znajdzie się także miejsce na gwiazdorski epizod. Carrie Fisher z przekonaniem wciela się w dyrektorkę bractwa, panią Crenshaw. Zestaw atrakcji uzupełnia umiejętne wodzenie widza za nos, aby przedwczesnym wytypowaniem tożsamości mordercy nie popsuł sobie zagadki.

Choć "Sorority Row" daleko do poziomu takich arcydzieł jak "Black Christmas" Boba Clarka czy "Krzyk" Wesa Cravena, wysoki poziom realizacji oraz doskonały warsztat Hendlera czynią zeń znakomity przykład fachowego filmowego rzemiosła. Polecany z piwem i orzeszkami.

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Le Libertin (2000)


Francja, połowa osiemnastego wieku. W posiadłości barona d'Holbacha (François Lalande) jeden z najbardziej znanych filozofów Oświecenia Denis Diderot (Vincent Perez) kończy pracę nad słynną "Encyklopedią". Patronat nad zakazanym przez Kościół dziełem grozi baronowi przykrymi reperkusjami, wobec czego drukarnię przezornie ukryto w podziemiach kaplicy. Ekscentryczny gospodarz dostarcza swoim gościom nieustannych atrakcji. Zgodnie z duchem epoki przeprowadza wszelakiej maści eksperymenty, od badań nad halucynogenami poczynając, a na budowie organów z kwiczącej wieprzowiny kończąc. Libertyńskie towarzystwo zasila przybyła z Berlina malarka, pani Therbouche (Fanny Ardant). Pragnie wykonać portret Diderota. Jej przyjazd zbiega się z nieoczekiwanymi odwiedzinami brata d'Holbacha, surowego Kardynała (Michel Serrault). Ekscentyczna baronowa (Josiane Balasko) stanie na głowę, aby odwieść kościelnego dostojnika od pobożnej modlitwy w rodzinnej kaplicy.


"Libertyn" należy do niemal zapomnianego już gatunku komedii z zabarwieniem erotycznym. Zawiedzie widzów, którzy spodziewali się wiernego obrazu realiów epoki tudzież udokumentowanych epizodów z życiorysu autora "Kubusia Fatalisty". Film Gabriela Aghion jest raczej lekką fantazją na temat obyczajowego wyzwolenia tamtych czasów. Reżyser z humorem przeplata kolejne wątki, dzięki czemu akcja nie ustaje nawet na moment. Przepełniony élan vital Diderot stanie przed nie lada wyzwaniem zredagowania hasła "moralność", podczas gdy pani Therbouche przekona go do pozowania nago, żona urządzi scenę zazdrości, a córka podstępem zdobędzie zgodę na poczęcie nieślubnego potomka. Jednocześnie baronowa d'Holbach będzie wymyślać coraz to nowe fortele, aby uśpić czujność Kardynała, a jej wesołe towarzystwo bez skrępowania pogrąży się w odkrywaniu drobnych libertyńskich przyjemności. Zobaczymy między innymi korzyści płynące z posiadania tureckiego masażysty eunucha oraz kąpieli w mleku.
Wszystko to podane w dobrym guście i znakomitą aktorską obsadą. Vincent Perez wyraźnie dobrze się bawi, odgrywając dowcipne perypetie, przed jakimi staje jego bohater. Fanny Ardant intryguje nieprzemijającą urodą, Josiane Balasko świetnie sprawdza się w roli barwnego narratora. Niewątpliwą atrakcją jest występ Audrey Tatou, która wciela się w uwodzicielskiego podlotka, córkę barona d'Holbacha. Niestety prawdziwą skazą na tym klejnocie okazuje się oprawa muzyczna. Zamiast sympatycznych kompozycji z epoki dostajemy potworne dyskotekowe rytmy. Co najmniej kilkakrotnie pozostawia to prawdziwy niesmak i doprawdy trudno zrozumieć, co powodowało twórcami przy wyborze takiego rozwiązania.

"Libertyn" z powodzeniem wypełnia lukę, która powstała wraz z nastaniem prymatu lukrowanego czy też prymitywnego amerykańskiego humoru. Inteligentna, przyprawiona ze smakiem szczyptą erotyzmu komedia to danie, którego nie sposób sobie odmówić. Pozostaje zasiąść do stołu.

niedziela, 28 marca 2010

High School Musical Trilogy (2006-2008)

Znienawidzona przez jednych, wychwalana pod niebiosa przez drugich trylogia "High School Musical" stała się prawdziwym kulturowym fenomenem. Nie wiedzieć jak i kiedy wizerunki uśmiechniętych bohaterów filmu zawędrowały na koszulki, zeszyty i piórniki milionów dzieci na całym świecie. Gdzie leżą przyczyny sukcesu kolorowej opowieści z życia amerykańskich nastolatków? Pytanie, które kusi i zachęca do osobistej konfrontacji.

Prosty schemat nie wystarcza. Co roku setki filmów realizują prosty schemat, a nie udaje im się przebić przez obfitą ofertę młodzieżowej rozrywki. Sekret pierwszej części "High School Musical" polega na dodaniu do gotowego przepisu szczypty Disney'owskiej magii. Reżyserowi Kenny'emu Ortega oraz scenarzyście Peterowi Barsocchini zajmuje to dokładnie dwie i pół minuty.


W bliżej nieokreślonym ośrodku narciarskim poznajemy uroczego nastoletniego mola książkowego, Gabrielę (Vanessa Anne Hudgens) oraz jej rówieśnika, zapalonego koszykarza Troy'a (Zac Efron). Po raz pierwszy spotykają się podczas sylwestrowej imprezy młodzieżowej, gdy wybrani losowo spośród tłumu mają zaśpiewać duet karaoke. Choć jak się później okaże Gabriela ma za sobą tylko skromne doświadczenie w kościelnym chórze, Troy natomiast ograniczał się dotychczas do nucenia pod prysznicem, udaje im się brawurowo wykonać przebojowe "Start of something new". Do akcji wkracza Disney'owska magia. Między bohaterami rodzi się nić sympatii, ale przed wyjazdem udaje im się jedynie wymienić numerami telefonów. Rzecz jasna przypadek doprowadzi do ich ponownego spotkania - Gabriela okazuje się nową uczennicą liceum East High w Albequerque, którego Troy jest najjaśniejszą gwiazdą jako kapitan drużyny koszykówki Wildcats. Młodzi trafiają do tej samej klasy, a wakacyjna przygoda na scenie mobilizuje ich do wzięcia udziału w castingu do szkolnego musicalu. Życie nastolatka jednakowoż do łatwych nie należy i żeby móc zaśpiewać bohaterom przyjdzie przełamać intrygi szkolnej baleriny Sharpay (Ashley Tisdale) oraz zwalczyć licealne waśnie między sportowcami a kujonami.

Ortega doskonale zdaje sobie sprawę z możliwości, a zarazem ograniczeń szklanego ekranu. Z powodzeniem w krótkim czasie wprowadza kolorową galerię charakterystycznych, wyraźnie zarysowanych postaci. Jest z lekka nawiedzona opiekunka kółka teatralnego pani Darbus (Alyson Reed), surowy, acz sprawiedliwy ojciec Troy'a, a zarazem trener drużyny Jack Bolton (Bart Johnson), nierozstający się z piłką do kosza afroamerykański kumpel bohatera Chad (Corbin Bleu), sekretnie rozmiłowany w pieczeniu tortów oraz deserów Zeke (Chris Warren). Chwytliwe, dobrze zaaranżowane piosenki sprawnie posuwają akcję do przodu. Wystarczy zobaczyć choreografię do stołówkowej "Stick to the Status Quo" żeby zrozumieć, jak daleko w tyle pozostaje rodzima kinematografia mogąca poszczycić się co najwyżej podrygami Mateusza Damięckiego w "Kochaj i tańcz". Jednocześnie wszystkie wątki filmu poprowadzone są z poczuciem dobrego smaku. O dziwo nie razi nawet jaskrawy humorystyczny duet Sharpay i jej brata Ryana (Lucas Graabel). Infantylna niewinność fabuły pozostaje radośnie konsekwentna. Próżno czekać umoralniających dłużyzn. Skierowane do młodego widza przesłanie o sukcesie, u którego podstaw leży zespołowe działanie, wzajemny szacunek i honorowa rywalizacja zamknięte jest w atrakcyjnej konwencji. Owa prostota właśnie zapewniła "High School Musical" tak ogromne międzynarodowe powodzenie, gdy wydawać by się mogło, że określone w filmie realia oraz konflikty są stricte amerykańskie.



Drugą część trylogii otwiera nadejście długo wyczekiwanych przez wszystkich wakacji. Priorytetem młodych bohaterów jest znalezienie wakacyjnej pracy. Znana z makiawelicznych planów Sharpay planuje uwieść Troy'a, oferując mu zatrudnienie w klubie wypoczynkowym prowadzonym przez jej rodziców. Nie spodziewający się podstępu chłopak przyjmuje propozycję, upewniając się jednak, że wraz z nim do pracy trafi tuzin kolegów ze szkolnej ławy. Mimo wstępnych niepowodzeń Sharpay faworyzując Troy'a doprowadza do rozłamu w grupie uczniów East High. Czy bohater dokona właściwego wyboru, postawiony między wymarzonym stypendium a wiernością ideałom przyjaźni?

Choć odpowiedź jest dla każdego widza oczywista, "High School 2" należą się duże brawa. Udało się zachować wysoki poziom realizacji sekwencji muzycznych, w repertuarze znalazło się obowiązkowo kilka przebojów. Przede wszystkim jednak odważnie rozwinięto postaci Sharpay i Ryana. Miejscami z powodzeniem kradną show dwójce głównych bohaterów. Wprawdzie nie stoi za tym żadne wielkie aktorstwo, ale jest w umizgach Ashley Tisdale coś sympatycznego, a Lucas Grabeel nieoczekiwanie ożywia i wzbogaca swojego bohatera. Można również zauważyć, że zgodnie z regułami młodzieżowej sagi chłopcy zmężnieli, a dziewczęta zyskały na kobiecości. Pastelową kolorystykę bluz z kapturem zastąpiły wyraziste barwy i zwiewne sukienki. Ogólnie rzecz biorąc, zmiana miejsca akcji i zgrabne przesunięcie fabularnego środka ciężkości pozwoliły uniknąć banalnego powtórzenia schematu poprzedniej części. Przesłanie o produktywnym duchu współpracy kolektywu pod wodzą wybitnych jednostek ocalało niewzruszone.


"High School Musical 3: Senior Year" w związku z popularnością serii trafiło już nie do Disney Channel, ale na afisze kin całego świata. "Dzikie Koty" z liceum East High doczekały się wersji szerokoekranowej. Akcja zaczyna się w momencie, w którym zmotywowana przez trenera drużyna koszykówki wychodzi z kryzysu i wygrywa finałowy mecz międzyszkolnych rozgrywek. Bohaterowie stoją na progu ważnej decyzji o wyborze college'u, przed nimi bal na zakończenie liceum oraz rozdanie świadectw. Niezmordowana pani Darbus namawia ich do ostatniego wspólnego występu na scenie. Musical ma opowiadać o nich samych, ambitnej młodzieży u progu dorosłości. Wiadomo, że na przedstawieniu będą obecni łowcy talentów z prestiżowej akademii artystycznej Julliard School. O stypendium ubiegają się Sharpay, Ryan, kompozytorka Kelsi (Olesya Rulin) oraz Troy. Główny bohater trylogii po raz kolejny zostaje postawiony przed życiowym dylematem. Zwłaszcza, że jego ukochana Gabriela zostaje przyjęta do prestiżowego collegu w Stanford, oddalonego od przyszłej Alma Mater Troy'a o całe dwa tysiące kilometrów.

Od pierwszych scen widać, że za "High School Musical 3" stoi znacznie większy budżet. Ortega może pozwolić sobie na swobodne jazdy kamery, częste zmiany plenerów czy nawet efekty komputerowe. Filmowe piosenki przybierają formę teledysków, co niestety pociąga za sobą przytłaczający przerost formy nad treścią. Rozpląsane rytmy nie potrafią zrekompensować braku dramaturgii oraz całkowitego zaniedbania rozwoju bohaterów. Choć zalążek fabuły daje nadzieje na inteligentne rozwikłanie najciekawszych wątków drugoplanowych, widz doczeka się tylko porcji ładnie opakowanych banałów. Wszyscy łącznie ze scenarzystą wydają się zmęczeni wizją licealnej idylli, zapewne bezlitosne prawa koniunktury nie pozwoliły im stworzyć ciekawszej alternatywy. To ciekawe, jak łatwo utracić kontrolę nad komercyjnym kiczem, nawet tym powołanym do życia w dobrej sprawie.


Z pewnością za dużą częścią sukcesu "High School Musical" stoi olbrzymia machina promocyjna. Na parę lat kino zyskało nowych "władców wyobraźni", tylko nielicznym z nich dane będzie zostać wartościowymi aktorami. Dzieci wyrosną z koszulek, stare zeszyty wylądują gdzieś w pawlaczu. Trudno powiedzieć, czy historia licealistów z East High stanie się obowiązkowym przystankiem dziecięcej edukacji filmowej, gdzieś pomiędzy "Kubusiem i hefalumpami" a "Zmierzchem". Z pewnością dwie pierwsze części trylogii pozostaną przykładem telewizyjnej produkcji na najwyższym poziomie, podręcznikową realizacją ukochanego przez widzów na całym świecie gatunku filmowego musicalu.

sobota, 27 marca 2010

Master of the Flying Guillotine (1975)


Rok 1730. Cesarz dynastii Qing, Young Cheng rekrutuje mistrzów kung-fu, którym zleca tropienie oraz unieszkodliwienie zwolenników upadłej dynastii Ming. Najznamienitszym z najętych jest Fung Sheng Wu Chi (Kang Chin), ślepy starzec żyjący w odosobnieniu pośród górskich szczytów. Gdy pewnego dnia eremita dowiaduje się o śmierci swych dwóch protegowanych, Chow Lunga oraz Chow Fu, postanawia odnaleźć ich zabójcę, słynnego Jednorękiego Boksera (Yu Wang). Pod tym pseudonimem ukrywa się mistrz Liu Ti Lung, który wraz z bratem prowadzi szkołę kung-fu. Uczniom wpaja podstawowe cnoty wojownika tej szlachetnej sztuki walki: odwagę oraz mądrość. Pobliska Szkoła Orlich Szponów organizuje wielki turniej, a Liu Ti Lung postanawia udać się nań wraz z żądnymi wrażeń wychowankami. Pokojowy acz krwawy przebieg turniejowej rywalizacji zakłóci pojawienie się Fung Sheng Wu Chi uzbrojonego w śmiercionośną latającą gilotynę, szukającego zemsty na Jednorękim Bokserze.


"Master of the Flying Guillotine" to klasyka kina sztuk walki. Reżyser, a zarazem odtwórca roli szlachetnego Liu Ti Lunga, legendarny Jimmy Wang Yu, doskonale wykorzystał i uatrakcyjnił prostą formułę pojedynku mistrzów kung-fu. Zwięzła ekspozycja daje przedsmak czekających widza atrakcji, po czym wątek turnieju pozwala wprowadzić charyzmatyczne postaci drugoplanowe i rozpocząć serię spektakularnych starć. Oszczędny, acz przemyślany montaż w połączeniu z pomysłową choreografią sprawiają, że walki ogląda się z niesłabnącym zainteresowaniem. Przeciwnicy nie muszą posiadać nadludzkich umiejętności, ganiać się po wierzchołkach drzew czy spróchniałych dzwonnicach. Liczą się natomiast umiejętności oraz przebiegłe wykorzystanie słabości oponenta. Niestety podobnego podejścia ze świecą już szukać we współczesnych produkcjach, może poza kilkoma chwalebnymi wyjątkami jak chociażby znakomita duńsko-turecka koprodukcja "Fighter" w reżyserii Natashy Arthy.
W rękach Yu Wanga schematyczna fabuła błyskawicznie nabiera rumieńców, a jej najciekawszym elementem staje się bez wątpienia postać tytułowego Mistrza Latającej Gilotyny. Chińskiemu reżyserowi udało się stworzyć enigmatycznego, budzącego autentyczną grozę bohatera. Fung Sheng Wu Chi to wcielenie bezlitosnej zemsty. Zbierający krwawe żniwo starzec wydaje się niepokonany i nawet Jednoręki Bokser nie odważa się stanąć z nim do walki, zanim nie obmyśli sprytnego fortelu. Finałowa scena pojedynku słusznie zaliczana jest do ścisłego kanonu potyczek kung-fu. To dziesięć minut idealnie rozplanowanej dramaturgii, błyskotliwe zwieńczenie olśniewającej całości.
Seans "Master of the Flying Guillotine" dostarcza niesłychanej rozrywki. Cytowany rzecz jasna przez Quentina Tarantino w hochsztaplerskim "Kill Billu" klasyk zasługuje na to, by znaleźć się w spisie pozycji obowiązkowych każdego kinomana.

sobota, 20 marca 2010

Agora (2010)


Doprawdy trudno powiedzieć, od jak dawna komercyjne kino nie zaoferowało widzom inteligentnego filmu historycznego. "Gladiator" Ridley'a Scotta otworzył erę efektownych widowisk, warstwą fabularną nie wykraczając jednak poza "Upadek Cesarstwa Rzymskiego" Anthony'ego Manna z 1964 roku. Instytucja scenariusza znacznie podupadła i na ekranach zagościły produkcje typu "Króla Artura". Na szczęście w roku 2005 HBO wyemitowało znakomity serial "Rzym", a w dwa lata później Showtime podjął rękawicę, realizując telewizyjną sagę o dynastii Tudorów. Pozostawało czekać na reakcję kina. Nieoczekiwanie nadeszła ona ze strony Alejandro Amenábara, uhonorowanego Oscarem hiszpańskiego reżysera.


Jego "Agora" opowiada historię greckiej uczonej Hypatii (Rachel Weisz), która zasłynęła jako znakomity matematyk oraz astronom. Rozmiłowana w filozofii bohaterka wiedzie spokojny żywot naukowca, zgłębiając tajemnice przyrody razem ze swym ojcem Theonem (Michael Lonsdale). Całkowicie poświęcona pracy odrzuca zaloty jednego ze swych uczniów, Orestesa (Oscar Isaac). Akcja rozpoczyna się w roku 391, jedenaście lat po wydaniu przez Teodozjusza I edyktu ustanawiającego chrześcijaństwo oficjalną religią Rzymskiego Imperium. Ulice Aleksandrii zapełniają uliczni kaznodzieje. Dokonując jarmarcznych cudów umiejętnie manipulują tłumem. Wzbudzają również agresję przeciw starym bogom i reprezentującym ich patrycjuszom. Gdy tłuszcza bezcześci zdobiące agorę posągi, akademicy decydują się na zbrojną interwencję. Dochodzi do zamieszek, jednak wskutek przewagi liczebnej zaskoczeni uczeni zmuszeni są zabarykadować się w gmachu biblioteki. Choć cesarz wspaniałomyślnie przebaczy pogańskim buntownikom, skarbnica starożytnej wiedzy zostanie splądrowana. Hypatia wraz z pozostałymi przedstawicielami arystokracji staje się świadkiem krwawych narodzin nowej epoki. Między przedstawicielami cesarza oraz Kościoła rozpocznie się bezwzględna walka o władzę.


Alejandro Amenábar wraz z Mateo Gilem umiejętnie rozkładają ciężar fabuły między trójkę głównych bohaterów. Orestes odsłania przed widzem arkana rozgrywek politycznych. Postać Davusa (Max Minghella), niewolnika z domu Theona pozwala rozbudować wątek dojścia chrześcijan do władzy. Davus nawraca się, wstępując do stowarzyszenia Parabolan opiekujących się chorymi oraz potrzebującymi. Jego oczami dane nam będzie obserwować frenetyczny szał tłumu podczas niszczenia biblioteki. Bestialska rzeź zamieszkujących miasto Żydów wzbudzi w bohaterze szereg wątpliwości natury moralnej, które szybko rozwieje zgrabna retoryka charyzmatycznego brata Teofila (Manuel Cauchi).
Orestes oraz Davus zakochani są w Hepatii. Wątki obu bohaterów skonstruowane są wokół jej postaci, która staje się tym samym centralną osobą dramatu. Bezbronność bohaterki wobec rozgrywających się w mieście wydarzeń jest nie tylko bezbronnością kobiety w świecie rządzonym całkowicie przez mężczyzn. Jest też bezbronnością humanizmu, nauki wobec populizmu oraz religijnego fanatyzmu. W obliczu upadku cywilizacji postawa Hepatii jest prawdziwie heroiczna. Jako jedyna stara się ocalić choć garść bezcennych zwojów z ukochanej biblioteki. Po przejęciu władzy przez chrześcijan kontynuuje nauczanie oraz swoje badania nad ruchem ciał niebieskich. Nie zgadza się na chrzest, który większość arystokracji przyjmuje z powodów czysto pragmatycznych. Wprawdzie reżyser korzysta z przysługującej mu licentia poetica i przypisuje bohaterce genialne odkrycie elipsoidalnej orbity ruchu planet, ale jest to zabieg uzasadniony dramaturgicznie, wprowadzony z dużym wyczuciem. Geniusz starożytnej uczonej przestaje być jakąkolwiek wartością w czasach gwałtownych przemian społecznych. Rodząca się cywilizacja nie ma jeszcze potrzeby gromadzenia realnej wiedzy, wystarczą jej chwytliwe hasła oraz sofizmaty. To zestawienie ryzykownych kontrastów ani przez chwilę nie trąca banałem czy tendencyjną martyrologią dzięki roli Rachel Weisz. Aktorka jak zwykle gra z wielką wrażliwością, stwarzając wiarygodny i przejmujący portret. Jej ekranowi partnerzy, Max Minghella oraz Oscar Isaac zasługują na słowa uznania. Mimo niewielkiego jeszcze doświadczenia nie oddają pola laureatce Oscara i pozostaje mieć nadzieję na ich kolejne, równie udane występy.

Hiszpański reżyser zaskakująco dobrze poradził sobie z formułą historycznego fresku. Bogaty, a jednocześnie przejrzyście skonstruowany scenariusz pozwolił złagodzić pełne przepychu panoramy i detale. Nie brak w "Agorze" sekwencji drastycznych, scenom walk nie sposób odmówić intensywności, a zawarte w nich elementy okrucieństwa robią wrażenie nawet na przyzwyczajonym do tego rodzaju widowisk widzu. Pojawiło się jednak kilka błędów. Momentami podkład muzyczny staje się zbyt nachalny, osłabiając efekt całości. Kilka pomysłów daje wrażenie chybionej lub zbyt oczywistej metafory, jak na przykład pojawiające się kilkakrotnie ujęcia z kosmosu. Na szczęście tak drobne mankamenty nie mogą zaburzyć ogólnego podziwu dla wyjątkowego kunsztu Amenábara.
"Agora" z pewnością jest obrazem kontrowersyjnym. Część widzów nie dostrzeże sensu w portretowaniu niechlubnych epizodów z historii chrześcijaństwa, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy głównym hasłem Kościoła jest dialog ekumeniczny i optymistyczne patrzenie w przyszłóść ponad podziałami. Ale "Agora" nie jest złośliwym atakiem. W filmie pokazane są mechanizmy władzy, manipulacji stojących u podstaw przemian dziejowych. Obraz, którego próżno szukać w szkolnych podręcznikach. Portretując "ludzkie oblicze Kościoła" Amenábar tworzy prawdziwe dzieło ku rozwadze i przestrodze.

poniedziałek, 15 marca 2010

Woman Of The Year (1942)


Sam Craig jest redaktorem kolumny sportowej. Tess Harding w tej samej gazecie prowadzi rubrykę polityczną. Jako zaciekła feministka i społeczna aktywistka z zaangażowaniem śledzi losy wojny, nawołując do pokoju. Tych dwoje prawdopodobnie nigdy by na siebie nie wpadło, gdyby pewnego dnia Tess w audycji radiowej nie wyraziła przekonania, że baseball jest tylko stratą czasu. Sam w odpowiedzi natychmiast napisał zjadliwą filipikę i odtąd rozgorzała na łamach ich kolumn zacięta wymiana zdań. Po spotkaniu w biurze redaktora naczelnego, który zakazał im kłótni źle wpływającej na wizerunek gazety, on przekornie zaprasza ją na mecz baseballa. Niezrozumiała dla nikogo prócz Amerykanów Magia tej dyscypliny sportu sprawia, że bohaterowie nie tylko zaprzestają waśni, ale zakochują się w sobie do szaleństwa. I może dowcipnie opowiedziana historia miłości wbrew towarzyskim konwenansom i różnicom charakterów nie przykuwałaby dziś uwagi kinomanów, gdyby w role Tess i Sama nie wcielili się Katharine Hepburn oraz Spencer Tracy.


W sumie wystąpili razem w dziewięciu filmach, stając się jednym z najsłynniejszych hollywoodzkich duetów. "Woman of the year" to ich pierwsze spotkanie na planie. Za kamerą stanął uznany reżyser oraz operator George Stevens. Jako autor zdjęć do ponad sześćdziesięciu hollywoodzkich produkcji Stevens perfekcyjnie opanował tajniki filmowego rzemiosła. W jednym ujęciu potrafi rozkochać widza w obłędnie zgrabnych nogach tytułowej bohaterki, grą światła i cienia stworzyć intymną scenerię, sprawnym montażem podkreślić sytuacyjny komizm finałowych sekwencji. Ale przede wszystkim udaje mu się zapanować nad żywiołem, jaki jest Katharine Hepburn. Jej Tess Harding to prawdziwy wulkan energii. Niezależna, pewna siebie, zdecydowana, a jednocześnie uwodzicielska, momentami rozbrajająco kobieca. Mimo komediowej konwencji nie ma w tej postaci nic przerysowanego. W uhonorowanym Oscarem scenariuszu autorstwa Ringa Lardnera Jr. oraz Michaela Kanina gagi i dowcipnie zaaranżowane sytuacje pozostawiają miejsce na realistyczne portrety obojga bohaterów. I choć to Katharine Hepburn doczekała się zaszczytnej nominacji, Spencer Tracy w swej roli nawet na chwilę jej nie ustępuje. Jeśli ktoś uważa, że pojęcie ideału mężczyzny uległo w przeciągu ostatnich siedemdziesięciu lat radykalnej zmianie, powinien sięgnąć po "Woman of the year". Sam Craig skupia w sobie wszystkie cechy stuprocentowego faceta. Charyzma aktora sprawia, że jednym spojrzeniem wyraża niejednokrotnie więcej niż można by zawrzeć w najbardziej nawet błyskotliwym monologu. Ani na moment nie przestajemy wierzyć w fascynację, która rodzi się w wyniku przedstawionego na ekranie zderzenia osobowości. Porównywalne zjawisko można zobaczyć chyba tylko w zrealizowanym dwa lata później "To Have And Have Not", gdy narodził się duet Laureen Bacall - Humphrey Bogart.


Inteligetnie przedstawiona historia po latach nic nie traci ze swej vis comica. Uczucie łączące aktorów widoczne jest w każdym ich wspólnym kadrze, a Stevens jako doświadczony reżyser doskonale wie, jak to wykorzystać. "Woman of the year" to klasyk, który dziś z powodzeniem przypomina, czym potrafi olśnić widza komedia romantyczna.

środa, 3 marca 2010

The Ghost Writer (2010)


Wstrzymywaliśmy oddech. Jak można dokończyć film z aresztu? Kiedy "Autor widmo" ujrzy światło dzienne i co wyniknie z powrotu Polańskiego do gatunku, jakim jest thriller? Wszelkie obawy okazały się bezpodstawne. Polski reżyser w pełni zasłużył na berlińskiego Srebrnego Niedźwiedzia, a nowym filmem powraca w wielkim stylu.


"Ghost writer" to termin używany do określenia pisarza, którego wynajmuje się w celu spisania biografii tudzież wspomnień. Możliwość coraz częściej wykorzystywana przez znanych sportowców czy zabieganych mężów stanu. Akcja filmu zaczyna się w momencie, gdy ginie biograf Adama Langa (Pierce Brosnan), byłego premiera Wielkiej Brytanii. Wydawnictwu zależy na sprawnym dokończeniu zlecenia, wobec czego przejmuje je znany z szybkiego tempa pracy oraz efektywnego stylu Bohater (Ewan McGregor). Okaże się, że powstały manuskrypt powieści objęty jest ścisłą tajemnicą. Żeby z niego skorzystać Bohater musi polecieć do domu Langa gdzieś na małej wyspie w Stanach Zjednoczonych. W międzyczasie pod adresem byłego premiera padną zarzuty o wyrażenie zgody na torturowanie jeńców wojennych. Na miejscu sytuacja tylko się skomplikuje. Obok afery politycznej ujawni się romans Langa z asystentką Amelią (Kim Cattrall). Tymczasem jego żona, Ruth (Olivia Williams) rzuci nieco światła na tajemnicze okoliczności śmierci poprzedniego biografa.



Scenariusz autorstwa Roberta Harrisa to materiał na przyzwoity thriller. W rękach Polańskiego przekształca się w autentyczną perłę. Reżyser inteligentnie bawi się formą, ubarwia ją w charakterystycznym dla siebie stylu. Widowisko zyskuje tym samym dodatkowy wymiar, który angażuje odbiorcę, pozytywnie go przy tym zaskakując.
"Autor widmo" to przede wszystkim klasyczna realizacja gatunku. Nieustające napięcie, pościgi oraz dziesiątki niewiarygodnych zwrotów akcji zastąpiło umiejętne budowanie klimatu. Widz towarzyszy wędrówce Bohatera w głąb tajemnicy i razem z nim wyczuwa narastającą atmosferę zagrożenia. Pierwsze skrzypce w tym procesie grają znakomite zdjęcia, przywołujące na myśl estetykę znaną z poprzednich dzieł reżysera. Przez większą część czasu przebywamy w zamkniętych przestrzeniach, w kadrach zwracamy uwagę na detal. Muzyka autorstwa Aleksandra Desplata świetnie wspomaga rozwój akcji, na przemian puentuje, to znów intryguje, doskonale wpasowując się w konwencję narzuconą przez obraz.
Udanym zabiegiem jest wprowadzenie całej galerii charakterystycznych postaci epizodycznych. Mimo iż stanowią tylko tło dla głównego wątku, pozwalają na wprowadzenie elementu groteski, napięcia oraz czarnego humoru. James Belushi w roli lekko ekscentrycznego wydawcy czy Eli Wallach jako sceptyczny staruszek bezbłędnie spełaniją swoje zadanie. Publiczność znakomicie odczytuje i reaguje na wszystkie te drobne smaczki zgrabnie wplecione w fabułę.



Co jednak najbardziej wyróżnia "Autora widmo" to semantyczna gra, w której bierzemy udział podczas seansu. Z ust bohaterów ani razu nie pada nazwisko świeżo zatrudnionego pisarza, on sam mówi o sobie per "Ghost". Polański zostawia nam kolejne wskazówki w przewijających się w dialogach grach słownych oraz kapitalnym McGuffinie - postaci staruszka zamiatającego podjazd rezydencji Langa. Widz z pewnością zauważy nawiązania do "Lokatora". Odpowiednikiem Simone Choule z adaptacji powieści Topora jest tu Michael McAra, zmarły biograf. Niczym Trelvoskiego oplata Bohatera nić obsesji, jednak tym razem reżyser opowiada o innym, szlachetnym szaleństwie.
Polański potwierdza swoją wielką klasę. Z niezwykłym konceptem i dowcipem balansuje na granicy kina gatunków. To prawdziwe Kino Mistrzów.

piątek, 26 lutego 2010

Oscary


W związku ze zbliżającą się uroczystością rozdania Oscarów Internet nasyca się ciekawostkami i przemyśleniami na ich temat. W ciągu najbliższych dni przeczytamy zapewne jeszcze całkiem sporo, ale mi już dziś szczególnie przypadła do serca lista Michaela Musto:

Six Things I’d Love To See on The Oscars

Do postulowanych przez niego sześciu punktów dodałbym jeszcze jeden. Otóż zdecydowanie brakuje mi na oscarowej gali krótkich fragmentów filmów prezentowanych podczas czytania nominacji. Przywoływały one co świetniejsze sceny z danego dzieła, pozwalały powrócić myślami do kreacji aktorskiej. Był to piękny akt szacunku wobec wykonawców i filmowców, który wielu widzom na całym świecie oglądającym uroczystość w domu pozwalał poczuć przedsmak kinowych wrażeń, wręcz zachęcić do seansu. Rozumiem, że zrezygnowano z niego ze względu na czas trwania transmisji, ale uważam, że był to błąd, który należałoby wreszcie naprawić.
Czy w przyszłą niedzielę doczekamy się powrotu choćby części oscarowej magii? Jak doradzał Hrabia Monte Christo, pozostaje czekać i nie tracić nadziei.