Przejdź do głównej zawartości

The Thomas Crown Affair (1968, 1999)


Thomas Crown - businessman, playboy, esteta, amator ekstremalnych sportów. Człowiek, który dodaje emocji niedzielnej partii golfa, pod byle pretekstem zakładając się o tysiące dolarów. Mężczyzna, którego urokowi nie oprze się żadna kobieta. Bohater, który może mieć wszystko, o czymkolwiek zamarzy. A Thomasowi Crownowi (Steve McQueen) marzy się napad doskonały.
Wcielenie w życie planu obrabowania banku przebiega zaskakująco łatwo. Obeznany z tajnikami świata finansów bohater nie ma również problemów z odpowiednim ulokowaniem uzyskanego kapitału. Wymiar sprawiedliwości okazuje się całkowicie bezradny wobec perfekcyjnego skoku. Towarzystwo ubezpieczeniowe, pragnąc zbadać dokładniej okoliczności napadu, wysyła na miejsce swojego detektywa. Jest nim Vicky Anderson (Faye Dunaway). Atrakcyjna, niezależna i nieprzeciętnie inteligenta kobieta zaczyna wkrótce podejrzewać Crowna. Zrobi wszystko, by dostarczy obciążające go dowody.

"Sprawa Thomasa Crowna" w reżyserii Normana Jewisona to przedziwna kryminalna ballada powstała na styku melodramatu i kina rozrywkowego. Dzieło skrajnie manieryczne, niepozbawione swoistego uroku produkcji o zaprzepaszczonym potencjale. Bo czy nie jest dla widza co najmniej intrygującym wyzwaniem zmierzyć się z jedną z najbardziej grafomańskich scen erotycznych w historii kina, tudzież przetrwać ekscentryczną rewię kapeluszy, jaką prezentuje na ekranie Faye Dunaway? Niestety, niedostatki filmu sięgają znacznie głębiej.

Scenariusz autorstwa Alana Trustmana pełen jest haniebnych luk i nieścisłości, co doprawdy trudno wybaczyć historii kryminalnej. Krytyczne dla fabuły zwroty akcji zaprezentowane są mało klarownie, pobieżnie lub wcale. Wystarczy choćby przywołać scenę, w której ambitna Vicki po raz pierwszy wpada na trop Crowna. Zamiast błyskotliwej dedukcji widzimy, jak bohaterka kieruje się niezawodną kobiecą intuicją i trudno oprzeć się tym momencie wrażeniu, że umiejętności zawodowe zdecydowanie bardziej kwalifikują ją na stanowisko wróżki niż detektywa ubezpieczeniowego. Reżyser stara się odwrócić uwagę od dziur w narracji, w sekwencjach sensacyjnych dzieląc ekran na kilkanaście niezależnych obrazów. Zabieg mający zdynamizować opowieść i zaangażować widza przyniósł efekt całkowicie odwrotny, zresztą nie zagościł na trwałe w hollywoodzkich produkcjach.
Jednak tym, co w "Sprawie Thomasa Crowna" razi najbardziej, jest fatalnie poprowadzony wątek romansu między dwojgiem głównych bohaterów. Przy charyzmatycznym i intrygującym Crownie postać Vicki Anderson wypada blado, a miejscami wręcz karykaturalnie. Mimo widocznych wysiłków Faye Dunaway nie udaje się nadrobić braków scenariusza. Uroda aktorki ginie pod tonami makijażu i idiotycznymi fryzurami. Trudno uwierzyć, żeby obdarzony nienagannym gustem playboy dał się uwieść krzykliwym tipsom oraz doklejanym rzęsom. Również pod względem intelektualnym Vicki nie wydaje się godnym Crowna przeciwnikiem. Wszystko to sprawia, że ich wzajemna fascynacja ukazana na ekranie pozbawiona jest jakichkolwiek zrozumiałych dla widza przesłanek.

Na szczęście jest jeszcze Steve McQueen. Jego rola w wielkim stylu ratuje przedsięwzięcie Jewisona. W interpretacji genialnego aktora Thomas Crown staje się bohaterem niezwykłym. To napiętnowany romantycznym Weltschmerzem nietscheański nadczłowiek i wieczny chłopiec o nonszalancji kowboja w jednej osobie. Zaplanowany przez niego napad na bank nie okazuje się kolejną rozrywką zblazowanego milionera. Crown odczuwa głęboką potrzebę walki z systemem, intryguje go wyzwanie na granicy autodestrukcji. McQueen bez problemu nadaje wiarygodności portretowi psychologicznemu, który przecież z punktu widzenia kina akcji należałoby uznać za co najmniej ryzykowny. Nagrodzona Oscarem piosenka "The Windmills Of Your Mind" znakomicie komponuje się z bezcenną nostalgiczną nutą, która za sprawą tytułowego bohatera wkrada się w fabułę.

Thomas Crown powrócił na ekran trzydzieści lat później pod postacią Pierce'a Brosnana. Tym razem zamożny businessman postanawia ukraść obraz Moneta, a ścigającą go agentką ubezpieczeniową jest Catherine Banning (Rene Russo). Pośród twórców remake'u odnajdziemy prawdziwą sztafetę artystów oraz solidnych rzemieślników kina rozrywkowego. Batutę reżysera powierzono Johnowi McTiernanowi, nad scenariuszem pracowali Leslie Dixon oraz Kurt Wimmer. Wydaje się, że dzięki ich wspólnym wysiłkom w nowej wersji przygód playboya-złodzieja udało się uniknąć większości błędów poprzednika.

Akcję przeniesiono do czasów współczesnych, uzupełniono niedostatki narracji oraz znacznie rozbudowano główną rolę kobiecą. Jak na mistrza kina akcji przystało, McTiernan należycie wyeksponował wątki sensacyjne - tu wielkie brawa należą się przede wszystkim za brawurową finałową sekwencję w muzeum. Co ciekawe, nie udało się uniknąć dość żenującej aranżacji scen erotycznych, która w epoce po "Nagim Instynkcie" nie powinna mieć miejsca. "Sprawa Thomasa Crowna" stała się przyjemnym romansem sensacyjnym. Ulotnił się gdzieś filozoficzny ciężar oryginału, tytułowy bohater pozbawiony został wszelkiego spleenu i choć odwiedza psychoanalityka (w tej roli Faye Dunaway), to robi to ewidentnie z pobudek czysto rozrywkowych. Thomas Crown działa na zasadzie Deus ex machina, przez co usuwa się nieco w cień i otwiera pole dla popisu Catherine Banning. Rene Russo z powodzeniem bierze na siebie ciężar narracji. Jej postać - nota bene koszmar każdej feministki - klasycznie prowadzi nas przez wszelkie zawiłości fabuły. Niestety romansowi bohaterów po raz kolejny zabrakło kilku oryginalnych rozwiązań, o które ten wątek aż się prosi. Zamiast nich dostajemy zestaw tendencyjnie melodramatycznych zabiegów, z zapłakaną panią detektyw moknącą w ulewnym deszczu na środku ulicy na czele.

Zrealizowany pod koniec XX wieku remake we frapujący sposób uwypuklił zarówno wszystkie wady, jak i zalety słynnego poprzednika. Dziś zestawienie obu tych filmów pozwala dostrzec pewną jakość, którą zatraciły współczesne produkcje wysokobudżetowe. Jakość, o której przywrócenie do kina głównego nurtu małymi kroczkami walczy między innymi Christopher Nolan. To umiejętność przemycenia przekazu pozostawiającego widzowi materiał do przemyśleń jeszcze na długo po napisach końcowych.

Komentarze

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. wspaniala recenzja. masz dobre pioro, rzuc te kwanty i zajmij sie pisaniem;-p

    a powaznie, to po "aferze..." z 1968r nie moglam wyjsc z podziwu, ze taka sztuczna i paskudnie plastikowa lalka jak faye dunaway zrobila taka kariere. niestety, choc sliczna, miala tyle uroku co noga stolowa;-/ zdecydowanie bardziej przekonujaca byla w "trzech muszkieterach", ale tez tamta rola przynajmniej nie usilowala wzbudzac sympatii.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Kislorod (2009)

Na wielu współczesnych wieczorkach poetyckich ogarnia słuchaczy żal, że autorzy przestali już zadawać sobie trud skrywania haniebnego braku treści obecnością rymów. To samo uczucie towarzyszy projekcji najnowszego filmu Iwana Wyrypajewa "Tlen". Zdobywca nagrody publiczności na ubiegłorocznym festiwalu Era Nowe Horyzonty jest smutnym świadectwem granic filmowego eksperymentu.
"Tlen" składa się z dziesięciu segmentów, piosenek podanych w teledyskowej formie. Tekstem do współczesnej, rozrywkowej muzyki elektronicznej są monologi dwojga narratorów, w których wcielają się Karolina Gruszka oraz Aleksei Filimonov. Opowiadają oni historię dwojga bohaterów odtwarzanych przez tych samych aktorów. W pierwszej sekwencji poznajemy mężczyznę, który wiedziony wielką namiętnością do rudowłosej Saszy, zgładził łopatą swoją żonę. Mężczyzna pochodzi z ludu i zamieszkuje na wsi. W drugim utorze jesteśmy świadkami narodzin tego fatalnego w skutkach romansu u stóp pomnika "znanego p…

Kadr tygodnia: Człowiek z marmuru (1977)

Krystyna Janda

Kadr tygodnia: Crazy, stupid, love. (2011)

Jacob: You're better than the Gap.