Przejdź do głównej zawartości

Inconscientes (2004)


Hiszpania, rok 1913. Stołeczne Koło Przyjaciół Psychiatrii ze zniecierpliwieniem oczekuje wizyty kontrowersyjnego Wiedeńczyka, doktora Zygmunta Freuda. Tuż przed jego przyjazdem w zagadkowych okolicznościach znika jeden z największych madryckich zwolenników teorii psychoanalizy, dr Leon Pardo (Àlex Brendemühl). Zaniepokojona małżonka lekarza, Alma (Leonor Watling), rozpoczyna poszukiwania na własną rękę. Prosi o pomoc męża siostry, Salvadora (Luis Tosar), który zdecydowanie odrzuca poglądy Freuda, a wszelkie ludzkie emocje uważa jedynie za wynik zaburzeń hormonalnych. Mimo różnicy charakterów nieprzejednany konserwatysta i wyzwolona dama wpadają już wkrótce na trop afery, w którą zamieszany był dr Pardo. Z każdym nowym faktem intryga staje się coraz bardziej zawikłana, a tajemnica wydaje się sięgać aż królewskiej rodziny.

Chyba nikt nie potrafi opowiadać o rewolucji obyczajowej tak barwnie i pomysłowo jak Hiszpanie, a "Nieświadomi" są tego najlepszym dowodem. Niezwykłość filmu Joaquína Oristrella tkwi nie tylko w błyskotliwym scenariuszu i pełnej fantazji realizacji. Reżyser finezyjnie czerpie z czarnej komedii, romansu czy wreszcie klasycznego kryminału, kluczem do sukcesu tak wybuchowej mieszanki czyniąc konsekwentną konstrukcję całej narracji. Opowieść osadzona na początku dwudziestego wieku odmalowuje na ekranie wyśniony koloryt epoki: niepowtarzalne stroje, wnętrza, dżentelmeński kodeks honorowy i przykazania etykiety ówczesnej inteligencji. Obraz który wyidealizowany, wręcz nierzeczywisty, staje się od pierwszej chwili atrakcyjny i pociągający. To subtelne odrealnienie korzysta z sentymentów zbiorowej wyobraźni odbiorców - Alma zachwyca się Modiglianim, przywołuje Oscara Wilde'a czy Conan Doyle'a. Wykreowany w "Nieświadomych" dowcipny dystans pozwala w historii Almy oraz Salvadora dostrzec coś więcej niż udaną farsę. Oristrell podobnie jak Almodóvar odbija w krzywym zwierciadle rozterki współczesnej mentalności. Jego bohaterowie, choć częściowo bezlitośnie przerysowani, zyskują sympatię widza. Od pewnego momentu stają się bowiem bezbronni wobec targających nimi namiętności, przez to bardziej zabawni, a jednocześnie bliżsi rzeczywistości. Zabieg, który już od czasów Antyku pozwala lekkości komedii rywalizować z ciężarem dramatu.

W dynamicznym duecie stworzonym przez Leonor Watling i Luisa Tosara aż kotłuje się od skrywanych uczuć i tłumionych fascynacji. Salvador chcąc nie chcąc, będzie zmuszony do konfrontacji ze światem podświadomości, rozczulająco rozdarty pomiędzy męskim uporem, honorem i ambicją, a całkowitym onieśmieleniem olśniewającą postacią Almy. Leonor Watling przebojem zdobywa każdy kadr filmu udowadniając, że jako aktorka ma do zaoferowania znacznie więcej niż piękny biust oraz mdłe umizgi (The Oxford Murders). Bezbłędnie sprawdzają się bohaterowie drugoplanowi - sfrustrowana, nieco histeryczna żona Salvadora, Olivia (Núria Prims), jej ojciec, ekscentryczny doktor Mira (Juanjo Puigcorbé), uzależniona od alkoholu pomoc domowa po przejściach (Mercedes Sampietro)... Każda postać wnosi do żywiołowej akcji temperament i humor, co zestawione z rozpędzoną intrygą nadaje "Nieświadomym" wyjątkową komediową dramaturgię. Rzecz jasna dzieło nie byłoby kompletne bez eleganckiej muzyki Sergio Moure'a oraz świetnych zdjęć Jaume Peracauli.

Od jakiegoś czasu twórcy, którzy podejmują się mariażu romansu z erotyką łatwo popadają w wulgarną rubaszność (The Ugly Truth) lub gubią gdzieś po drodze cały wdzięk (Prime). Oristrellowi udało się zachować równowagę między tym co pociągające, a tym co śmieszne. Pożądanie rozgrywa w niedopowiedzeniach, intryguje bez przekraczania granicy dobrego smaku. Może to dzięki temu "Nieświadomych" docenia się z każdym kolejnym seansem coraz bardziej. Kino nadal potrafi być sztuką.

Komentarze

  1. Podpisuję się pod recenzją całkowicie. Film oferuje widzowi coś więcej niż tylko rozrywkę i inteligentny humor. Oczarowuje obrazami i elektryzuje chemią dwojga głównych bohaterów. Niezapomniane są uroczy uśmiech Almy (czyżby reprezentującej duszę kobiety, jak sugeruje jej imię?) i krzaczaste bokobrody Salvatora. Kino zaiste jest sztuką.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Kislorod (2009)

Na wielu współczesnych wieczorkach poetyckich ogarnia słuchaczy żal, że autorzy przestali już zadawać sobie trud skrywania haniebnego braku treści obecnością rymów. To samo uczucie towarzyszy projekcji najnowszego filmu Iwana Wyrypajewa "Tlen". Zdobywca nagrody publiczności na ubiegłorocznym festiwalu Era Nowe Horyzonty jest smutnym świadectwem granic filmowego eksperymentu.
"Tlen" składa się z dziesięciu segmentów, piosenek podanych w teledyskowej formie. Tekstem do współczesnej, rozrywkowej muzyki elektronicznej są monologi dwojga narratorów, w których wcielają się Karolina Gruszka oraz Aleksei Filimonov. Opowiadają oni historię dwojga bohaterów odtwarzanych przez tych samych aktorów. W pierwszej sekwencji poznajemy mężczyznę, który wiedziony wielką namiętnością do rudowłosej Saszy, zgładził łopatą swoją żonę. Mężczyzna pochodzi z ludu i zamieszkuje na wsi. W drugim utorze jesteśmy świadkami narodzin tego fatalnego w skutkach romansu u stóp pomnika "znanego p…

Kadr tygodnia: Człowiek z marmuru (1977)

Krystyna Janda

Kadr tygodnia: Crazy, stupid, love. (2011)

Jacob: You're better than the Gap.