niedziela, 25 lipca 2010

Kadr tygodnia: Shadow of the Vampire (2000)


"I would like some makeup."
Willem Dafoe jako Max Schreck

czwartek, 15 lipca 2010

This Gun For Hire (1942)


Zabójstwo chemika-szantażysty było łatwym zadaniem, za które Philip Raven (Alan Ladd) został hojnie wynagrodzony. Reprezentujący anonimowego zleceniodawcę pośrednik, Willard Gates (Laird Cregar), okazał się zniewieściałym mięczakiem. Płatny morderca nie spodziewał się, że koperta z pieniędzmi, którą odebrał, zawiera numerowane banknoty. Gates otrzymał polecenie, aby zatrzeć wszystkie ślady. Na trop Ravena błyskawicznie wpada detektyw Michael Crane (Robert Preston). W międzyczasie narzeczona Crane'a, szansonistka Ellen Graham (Veronica Lake) dostaje pracę w nocnym klubie Gatesa. Losy bohaterów splatają się w pociągu do Los Angeles, kiedy uciekający przed policją Raven siada obok uwodzicielskiej Ellen.

"This Gun For Hire" to jeden z żelaznych klasyków filmu noir. Na widza czeka misternie utkana, zawiła intryga zaczerpnięta z powieści Grahama Greene'a, który mistrzostwem w budowie kryminalnych wątków nie ustępował samemu Chandlerowi. W kinie noir rywalizacja policjantów i bandytów traci całą niewinność. Tradycyjnie traci ją przez kobietę. Pomiędzy męskie archetypy wkracza złotowłosa femme fatale, z pozoru naiwna i niewinna Veronica Lake. Moralna dwuznaczność, którą wprowadza jej bohaterka otwiera drogę dla nowej dramaturgii, do pogłębienia hollywoodzkiej fascynacji złem. Podobnie jak Humphrey Bogart w "High Sierra" czy Sterling Hayden w "Asfaltowej dżungli", Alan Ladd kreuje tragiczną postać zbrodniarza pozbawionego możliwości odkupienia win. Paradoksalnie z czworga głównych bohaterów jedynie detektyw Crane pozostaje nie wtajemniczony w mroki okrutnej szpiegowskiej rozgrywki. Pozwala to obrońcy sprawiedliwości zachować niezachwianą postawę rycerza na białym koniu jednocześnie sprawiając, że obowiązkowy triumf dobra w ostatnich kadrach pozbawiony zostaje kojącej jednoznaczności.

Frank Tuttle stworzył dzieło, które nie zestarzało się ani odrobinę. Każda sekwencja jest pomysłowa, w każdej odnajdziemy trafiony filmowy zabieg i oryginalne rozwiązanie. Olbrzymia w tym zasługa zdjęć Johna Seitza, które można pokazywać jako przykład idealnego wykorzystania gry czerni i bieli. Ale "This Gun For Hire" nie weszłoby do kanonu, gdyby nie znakomicie dobrana obsada. Alan Ladd oraz Laird Cregar doskonale się uzupełniają jako czarne charaktery, usuwając nieco w cień szlachetnego Roberta Prestona. Jednak tak naprawdę na ekranie króluje Veronica Lake. Aktorka z zaskakującą łatwością rozbudowuje swoją rolę, uwalniając się płynnie ze stereotypu słodkiej blondynki. Na szczęście nie rezygnuje przy tym z magnetycznego seksapilu. Zmysłowy, wypełniony magicznymi sztuczkami taniec bohaterki zapowiada słynny występ Rity Hayworth i doprawdy szkoda, że tak rzadko wspomina się go w annałach kinematografii.

Film noir przemawia językiem, który amerykańska kinematografia rozwinęła w odpowiedzi na restrykcyjny kodeks Haysa, przemycając erotykę i przemoc w gustownych niedopowiedzeniach. Gatunek, który fascynuje kolejne pokolenia filmowców i widzów znalazł idealną realizację w "This Gun for Hire".



sobota, 10 lipca 2010

Kadr tygodnia: The Proposition (2005)


"There's night and day, brother, both sweet things; sun, moon, and stars, brother, all sweet things; there's likewise a wind on the heath. Life is very sweet, brother; who would wish to die?"

George Borrow, Lavengro

czwartek, 8 lipca 2010

6. Festiwal Kino Poza Kinem, Filmowa Góra 2010

Kino niezależne pod niebem warszawskiej wytwórni wódki Koneser. To już szósta edycja Filmowej Góry - festiwalu, który jednocześnie gości w Zielonej Górze, Supraślu oraz w stolicy. Na pierwszy tegoroczny pokaz organizatorzy wybrali osiem etiud studenckich. Trzeba przyznać, że wieczorny chłód dość szybko zniechęcił większość widzów, jednak wysoki poziom zaprezentowanych miniatur zdołał zrekompensować wszelkie niedogodności tym, którzy zostali.


"MC. Człowiek z winylu" w reżyserii Bartosza Warwasa nawiązuje do bogatej tradycji dowcipnego paradokumentu, zapoczątkowanej niemal sześćdziesiąt lat temu przez Felliniego nowelką "Un agenzia matrimoniale" w filmie "Miłość w mieście". "Człowiek z winylu" opowiada historię młodego polskiego poety (Marcin Łuczak), który zaraz przed wybuchem stanu wojennego powołuje do życia nowy gatunek muzyczny - rap. Zaangażowane politycznie teksty szybko przykuwają uwagę zarówno komunistycznej władzy, jak również światowych mediów. Jako inspirujący całe pokolenie buntownik MC trafia do więzienia. Jego zekranizowane losy uzupełnione są krótkimi wypowiedziami znanych przedstawicieli muzycznej branży, m.in. Zbigniewa Hołdysa, Hirka Wrony czy Krzysztofa Skiby.
Zrealizowany z polotem i dużą swobodą filmowego rzemiosła "Człowiek z winylu" okazał się pierwszym pozytywnym zaskoczeniem wieczoru. Choć obecna w fabule rzewna nuta kontrastuje z odświeżającą lekkością całości, etiuda Warwasa ma w formie i treści zadziorną młodzieńczą rebelię, zyskując tym samym odpowiednią siłę wyrazu.

"Nocna zmiana" Małgorzaty Kozery to jedna noc z życia Stefana (Arek Detmer) - pracownika naukowego, który zatrudnia się jako dostawca pizzy na warszawskim Ursynowie. Już przy pierwszym zamówieniu bohaterowi dane będzie spotkać się ze specyficzną życzliwością mieszkańców słynnej dzielnicy. Chwilę później na klatce schodowej Stefan pozna zapłakaną Dagmarę (Anna Nykowska). Poczęstowana papierosem dziewczyna nieoczekiwanie pomoże mu odnaleźć kolejny adres w plątaninie osiedlowych uliczek, a noc szykuje dla bohaterów jeszcze kilka niespodzianek.
Krótki metraż Kozery przepełnia rodzima specjalność w postaci nużącej nostalgii. Potencjalnie ciekawy dialog oraz zajmujące kreacje aktorskie zostają pozbawione jakiejkolwiek dynamiki przez niemiłosiernie ascetyczny montaż. Konwencja zastosowana z powodzeniem do kilku sekwencji, jak choćby odwiedzin Stefana u znajomego profesora czy spotkania na przystanku autobusowym, rozciągnięta na całość dzieła zbliża "Nocną zmianę" w stronę szlachetnej nudy pozbawionej realnego dramatu. Kameralnie, miejscami wręcz z urokiem, ale ciągle zbyt blisko teatru telewizji.


"Esma" nakręcona przez Pawła Tarasiewicza atakuje widza jako odważna mieszanina postapokaliptycznego science-fiction oraz cyberpunkowego kiczu. Historia rozgrywa się w świecie przyszłości, w którym ponętne, ubrane w obcisłe skórzane stroje bohaterki walczą o przedłużenie życia przy użyciu specjalnego skanera. Tytułowa bohaterka, Esma (Antonina Jakovenko), szuka zemsty na Lizie (Inna Wierusz), która zdradziła ją podczas pierwszej próby przejęcia poszukiwanego przez dziewczęcy gang urządzenia.
Tarasiewicz wypowiada się krótko, agresywnie i z wyobraźnią. Śmiało nawiązuje do amerykańskiej klasyki, Georga Millera czy Russa Meyera, choć stylistycznie wydaje się spadkobiercą Tsukamoto. Reżyserowi "Esmy" brakuje jedynie dawki postmodernistycznej przemocy, tak charakterystycznej dla twórczości słynnego Japończyka. Szkoda, gdyż finał etiudy aż prosi się o bardziej drastyczne akcenty.



Piotr (Grzegorz Mielczarek) cierpi na zespół Tourette'a. W sposób niekontrolowany wyrzuca z siebie przekleństwa, którym towarzyszą spazmy i nerwowe tiki twarzy. Pracuje jako realizator dźwięku w studiu nagraniowym. Pewnego dnia zakochuje się w przedszkolance Kasi (Magdalena Kumorek), która korzysta z uprzejmości kolegi Piotra i nagrywa swoim podopiecznym kołysankę o Królu, Paziu i Królewnie. Nieśmiały bohater walczy z myślami, zanim zdecyduje się zaprosić ukochaną na randkę. Zwłaszcza, że za wszelką cenę postara się ukryć przed dziewczyną swoją chorobę.
"Brzydkie słowa" Marcina Maziażewskiego pozostawiają widza w niemym zachwycie. Dojrzała, nakręcona z wielkim wyczuciem etiuda znajduje język, którego od wielu lat brakuje polskiej tragikomedii. Atrakcyjna, doskonale wyważona dramaturgia angażuje widza w upośledzoną rzeczywistość bohatera. Reżyser prowadzi aktorów w sposób niezwykły, dając im okazję stworzenia intymnych, realistycznych portretów. Nie ma tu niepotrzebnych szarży, efektownie wylanych łez. "Brzydkie słowa" to obraz przepełniony wrażliwością, umiejętnością mądrego stawiania prawdziwych pytań. Marzenie kinomana: wielkie kino w małej formie.


"Osiem9" w reżyserii Pawła Jóźwiaka-Rodana aspiruje do miana portretu pokolenia. Marcin Łuczak wciela się w rolę Natana, nastolatka obracającego się w kręgu kultury hip-hopu. Natan nosi bluzy z kapturem i czapki z daszkiem, w wolnych chwilach siedzi przed komputerem i niezobowiązująco spółkuje z Anią (Justyna Wasilewska). Gdy nauczyciel ponagla go o oddanie wypracowania na temat "Moje pokolenie", bohater nie wierząc w swój talent pisarski postanawia nakręcić film. Zainspirowany dziełem Kieślowskiego przemierza korytarze liceum, zadając rówieśnikom krępujące pytania. Rzecz jasna prawdziwy materiał do filmu czeka Natana na organizowanej przez kolegów prywatce, gdzie koledzy nieświadomi obecności kamery odsłonią swoje prawdziwe troski i przemyślenia.
"Osiem9" to bolesna czkawka po kinie moralnego niepokoju. Wrażliwy bohater uświadomi sobie upadek wartości i bezmiar otaczającej go pustki moralnej. Jego szczere uczucie do obdarzonej ujmująco wulgarnym wdziękiem Ani nie okaże się odwzajemnione. Ideały siedemnastolatka zostaną wystawione tym samym na ciężką próbę. A może rocznik '89 nie ma już ideałów? Mimo iż w filmie Jóźwiaka-Rodana nie brakuje pomysłowo zaaranżowanych sekwencji, poziom scenariusza nie przekracza gimnazjalnego wypracowania. Banał goni banał, mniej lub bardziej sprawnie zmierzając do przewidywalnego rozwiązania. Moralitet z epoki "Bravo Girl!".


"Koniec sezonu" Oskara Kozłowskiego. Starsi ludzie, plaża, mewy, kamera. Prawdziwa miniatura, bez słów. Emocjonalna, piękna, wręcz wzruszająca. Cukierek, który onieśmiela wyrafinowaną prostotą smaku.


"ASAP", skrót od "As soon as possible". To termin, w jakim bohaterka, Ania (Katarzyna Wajda) musi uzyskać zgodę na wykorzystanie w kampanii reklamowej perfum obrazu malarza Mariana Zielińskiego (Grzegorz Wolf), żyjącego na uboczu mrukliwego odludka. Ania ani przez chwilę nie wątpi, iż artysta zgodzi się na bardzo korzystne warunki umowy. Na miejscu czeka ją przykra niespodzianka: Zieliński nie zamierza sprzedawać praw, w kilku słowach zbywa namolną dziewczynę. Zdeterminowana Ania próbując przekonać anachoretę, dociera do jego pracowni, gdzie powstają fascynujące kobiece akty.
Agnieszka Woszczyńska kręci obraz rozegrany w niedopowiedzeniach, przez co narracja etiudy oscyluje pomiędzy dziełem sztuki a filmową tandetą. Klimat oraz tematyka zdradzają pokrewieństwo do "Czterech Nocy z Anną" Skolimowskiego, choć można tu również szukać dalekich inspiracji w klasycznym "Blind Beast" Yasuzo Masamury. Intrygująco, acz na granicy kiczu, z malarskimi plecami Katarzyny Wajdy.


Wnuczek (Modest Ruciński) oraz Dziadek (Paweł Nowisz) przemierzają nocną porą wyboiste drogi polskiej prowincji z lat osiemdziesiątych. Natrafiają na rozbity samochód, na którego tylnym siedzeniu Dziadek znajduje walizkę pełną pieniędzy. Zamiast zaoferować pomoc rannemu kierowcy, mężczyźni zabierają cenną zdobycz i odjeżdżają własną furgonetką. Po drodze Wnuczek obezwładnia Dziadka przy pomocy łopaty. Wraz z walizką dociera do zaniedbanego pensjonatu.
"Osiem" Artura Gortatowskiego to fatalistyczna nowelka ze zbrodnią i różańcem w tle. Fabuła opowiada historię prostą i schematyczną, na szczęście całość z powodzeniem zamyka się w spójnej, atrakcyjnej wizualnie wizji reżysera. Dodatkowym smaczkiem jest nietypowa rola Jacka Fedorowicza, dzięki czemu "Osiem" staje się pozycją obowiązkową dla wszystkich miłośników niezwykłego talentu charyzmatycznego satyryka. Wypada czekać na pełnometrażowy debiut Gortatowskiego.


Zaoferowany na Filmowej Górze przegląd pokazał, że polska etiuda studencka stoi na coraz wyższym poziomie. Czy młode pokolenie filmowców sprawdzi się, stając za kamerą większych produkcji? Już za kilka lat przekonamy się czy dane im będzie rozwinąć skrzydła.
Dla zainteresowanych dalszymi atrakcjami festiwalu: www.filmowa-gora.pl.

niedziela, 4 lipca 2010

Kadr tygodnia: "Tesis" (1996)

"And the Infanta frowned, and her dainty rose-leaf lips curled in pretty disdain. 'For the future let those who come to play with me have no hearts,' she cried, and she run out into the garden."

Oscar Wilde, The Birthday Of The Infanta

sobota, 3 lipca 2010

Charlie Varrick (1973)


Amerykańska prowincja w stanie Nowy Meksyk. Powoli wstaje kolejny upalny dzień. Plan szajki Charlie'go Varricka (Walter Matthau) jest prosty. Ucharakteryzowany na fajtłapowatego staruszka Charlie pod byle pretekstem wywabia z gabinetu dyrektora banku, a dwóch zamaskowanych pomocników z zaskoczenia terroryzuje strażników. Zastraszony dyrektor zdradza szyfr do sejfu, bandyci zgarniają pieniądze, wskakują do zaparkowanego na zewnątrz samochodu i odjeżdżają z piskiem opon. Niestety, niespodziewana interwencja dwóch policjantów sprawia, że z napadu uchodzą z życiem jedynie Varrick oraz Harman Sullivan (Andrew Robinson). Mężczyźni odkrywają, że w ich ręce zamiast spodziewanych kilkunastu wpada ponad siedemset pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Tak pokaźna kwota może oznaczać jedynie pieniądze mafii i Charlie zdaje sobie sprawę, że wraz z Sullivanem nie mają dużo czasu na zorganizowanie ucieczki. Faktycznie już niebawem ich tropem wyrusza płatny morderca, kowboj o pseudonimie Molly (Joe Don Baker).

Film Dona Siegela to prawdziwa perła kina sensacyjnego. Nakręcona dwa lata po "Brudnym Harry'm" zawsze pozostawała w cieniu wielkiego poprzednika. A przecież to "Charlie Varrick" daje początek poetyce, której spadkobiercami w prostej linii zostali bracia Coenowie, Olivier Stone czy Sam Raimi. Również Quentin Tarantino zapożyczył z dzieła Siegela cytat, który w słynnym "Pulp Fiction" włożył w usta Marsalusa Wallace'a - "They're gonna strip you naked and go to work on you with a pair of pliers and a blowtorch". Jednym słowem kino bez "Charlie Varricka" nie wyglądałoby tak samo.

Tytułowy bohater wymyka się schematowi rządzącemu filmem sensacyjnym. Varrick nie jest ani podstarzałym policjantem, ani komandosem, nie przeżywa traumy wojennej. To były kaskader-pilot po pięćdziesiątce, prowadzący firmę zajmującą się opryskiem pól. Mieszka w przyczepie, na co dzień chodzi ubrany lekko niechlujnie, flegmatycznie przeżuwając gumę do żucia. Nic nie zapowiada, aby mógł stawić czoła potężnej mafijnej machinie. A jednak od pierwszej sekwencji napadu na bank zdajemy sobie sprawę, że to on jest najbardziej inteligentnym oraz doświadczonym z rabusiów. Mistrzowska reżyseria Siegela sprawia, że widz z napięciem śledzi kolejne poczynania Varricka, choć nie wydaje się, aby mogło mu udać się uciec przed zbliżającym się zagrożeniem w postaci psychopaty Molly'ego. Narracja rozpięta jest między tymi dwoma postaciami, a jej rytm wyznaczają spokojne, metodyczne przygotowania do mającej nastąpić w finale konfrontacji. Okaże się, że położone na uboczu miasteczka Stanów Zjednoczonych skrywają domy publiczne, nielegalne kasyna, meliny handlarzy bronią oraz fałszerzy, wystarczy tylko zapukać do właściwych drzwi.

Znany głównie z repertuaru komediowego Walter Matthau daje prawdziwy popis aktorskiego kunsztu. Jego Charlie Varrick to wrażliwy twardziel, którego bez wahania można postawić obok takich ikon gatunku jak Shaft (Richard Roundtree), Harry Callahan (Clint Eastwood) czy Paul Kersey (Charles Bronson), choć najbliżej mu chyba do niezapomnianego porucznika Columbo (Peter Falk). Joe Don Baker jako wynajęty przez mafię Molly jest bezwzględny, cyniczny oraz wystarczająco enigmatyczny, aby stworzyć przekonujący portret psychopaty. Dziś widzimy w nim pierwowzór dla takich postaci jak jeździec z piekła rodem, Leonard Smalls (Randall Cobb), z "Raising Arizona" czy Anton Chigurh (Javier Bardem) z "No Country for Old Men".

Don Siegel należał do tej klasy reżyserów, którzy nie musieli epatować przemocą, nie potrzebowali też ton materiałów wybuchowych, aby pozyskać uwagę widza. Oszczędny montaż, miejscami wręcz malarskie zdjęcia oraz znakomicie poprowadzeni aktorzy wystarczają do stworzenia wciągającego, pełnego napięcia widowiska. Początkowa sekwencja napadu na bank to niedościgniony przykład filmowej erudycji, który jeszcze czterdzieści lat później z zachwytem analizuje się scena po scenie. "Charlie Varrick" - inteligentne, męskie kino.