poniedziałek, 26 kwietnia 2010

The Girlfriend Experience (2009)


Christine ma dwadzieścia dwa lata. Jej chłopak Chris pracuje jako osobisty trener na siłowni. Chris zarabia 125 dolarów za godzinę. Christine za tyle samo czasu spędzonego z klientem bierze dwa tysiące.

Rozchwytywany i pracowity amerykański reżyser Steven Soderbergh staje za kamerą, aby dać widzom jeden z najciekawszych filmów obyczajowych ostatnich lat. "The Girlfriend Experience" to projekt, który mimo skromnego budżetu od początku otaczała aura skandalu. Do głównej roli zaangażowano młodą gwiazdę kina porno, Sashę Grey, a tagline na plakacie głosił: "See it with someone you ****". Okazało się, iż błyskotliwa reżyseria oraz duża swoboda twórcza pozwoliły Soderberghowi wyjść daleko poza granicę banalnej prowokacji, dzięki czemu seans powinien zainteresować nie tylko wielbicieli wdzięków panny Grey.

Christine to profesjonalistka w każdym calu. Wśród klientów, których przeważającą część stanowią zamożni bussinesmani, lepiej znana jest jako Chelsea. O jej usługach można dowiedzieć się za pośrednictwem Internetu tudzież od zaufanych znajomych. Przed spotkaniem obowiązuje krótka rozmowa telefoniczna. Chelsea prowadzi dziennik, w którym rzetelnie odnotowuje przebieg każdego wieczoru, łącznie z wyborem dań w restauracji, tematami konwersacji oraz dokładnym opisem dobranej przez siebie garderoby. Oprócz wizyt w drogich butikach jej czas wypełniają spotkania z fachowcami z branży, od specjalistów do spraw kreowania wizerunku w sieci poczynając, a na alfonsach z wyższych sfer kończąc. Chłopak Christine, Chris (Chris Santos) doskonale zdaje sobie sprawę z profesji ukochanej. Jako idealny partner troszczy się o nią, wspiera, a gdy trzeba podnosi na duchu. Stara się znaleźć lepiej płatną posadę i na ekranie częściowo śledzimy jego zawodowe perypetie. Jednocześnie tłem dla historii obojga bohaterów jest rzeczywistość amerykańskiego kryzysu gospodarczego.

"The Girlfriend Experience" zrealizowane jest w konwencji paradokumentu. Długie, statyczne ujęcia przeplatają się ze zdjęciami z wolnej ręki. Widz nieraz odnosi wrażenie, jakby patrzył na poszczególne sytuacje z ukrycia, jedynie podglądał wybrane momenty z życia Chelsea i Chrisa. Soderbergh przyjmuje stanowisko bezstronnego obserwatora, cały czas zachowując dystans wobec portretowanych postaci. Celowo zaburza chronologię wydarzeń, dzięki czemu bohaterów oraz łączące ich relację poznajemy stopniowo, a obraz zyskuje na dramaturgii.

Sasha Grey z powodzeniem wciela się w rolę Christine. Z ekranu ani przez chwilę nie przebija nuta fałszu tudzież niezręczności, które zwykły wkradać się do filmów fabularnych z kreacjami gwiazd kina porno - wystarczy tu przywołać z pamięci "Anatomię piekła" Catherine Breillat i występ słynnego Rocco Siffredi. Grey z dużym wyczuciem wykorzystała potencjał drzemiący w scenariuszu pióra Leviena i Koppelmana, stwarzając złożoną, zajmującą postać. Doprawdy nie można jej odmówić ekranowej charyzmy, którą reżyser ze swej strony umiejętnie manipuluje.

Końcowy efekt jest na tyle ciekawy, że pozwala Soderberghowi wyjść poza obyczajową historyjkę z życia eksluzywnej prostytuki. "The Girlfriend Experience" staje się wnikliwym i oryginalnym spojrzeniem na amerykańską mentalność. To studium bez naiwnych morałów, z wysmakowaną erotyką w tle. Pozycja obowiązkowa.

niedziela, 11 kwietnia 2010

Noc Horrorów

Multikina mają w zwyczaju organizować co jakiś czas "Noc Horrorów" - maraton filmowy, w trakcie którego prezentowany jest współczesny tryptyk kina grozy. Niestety repertuar tychże seansów zawsze pozostawia wiele do życzenia, a przecież przy odrobinie dobrej woli dałoby się przedstawić widzom trzy interesujące propozycje, nawet jeśli wybór ograniczyć tylko do dokonań gatunku z ostatnich dwunastu miesięcy. W związku z tym czytelnikom bloga proponuję pokrewne idei "Nocy Horrorów" zestawienie, które z powodzeniem można zrealizować w zaciszu domowym.



1. Zombieland (2009)

Film Rubena Fleischera kilka miesięcy temu gościł przez krótki okres w repertuarze rodzimych kin, mógł jednak ujść uwagi widzów, sprawiając na pierwszy rzut oka niekorzystne wrażenie. Na szczęście pod pozorem niesmacznej amerykańskiej komedii o eksterminacji krwiożerczych zombie kryje się solidna dawka sympatycznej rozrywki.

Bohaterem "Zombieland" jest Columbus (Jesse Eisenberg) - nastolatek, który jako jeden z nielicznych mieszkańców Stanów Zjednoczonych, a być może i świata, przeżył wybuch epidemii żywych trupów. Jak mu się to udało? Z jednej strony młodzieniec miał trochę szczęścia, z drugiej jednak opracował zestaw reguł, które znacznie zwiększają szansę na przetrwanie. Zaradny Columbus spotyka na swej drodze troje innych ocalałych - luzackiego kowboja Tallahassee (Woody Harrelson), zbuntowaną rówieśniczkę Wichita (Emma Stone) oraz jej rezolutną młodszą siostrę, Little Rock (Abigail Breslin). Mimo szalejącej wszem i wobec plagi umarlaków bohaterowie nie od razu nabiorą do siebie sympatii czy zaufania. Można powiedzieć, że będą musieli dojść do nich po trupach.

Należy lojalnie ostrzec potencjalnych widzów, iż kilka pierwszych scen "Zombieland" nie zapowiada udanego seansu. Przede wszystkim razi efekciarski, nachalny humor oraz sama formuła filmu przywodząca na myśl agresywną stylistykę MTV. Na szczęście wszystkie te wady szybko znikają. Gdy na ekranie pojawia się charyzmatyczny Woody Harrelson historia zaczyna nabierać rumieńców. Źródłem komizmu przestają być głupawe wstawki o uciekaniu przed zombie, zastępuje je bowiem znakomity dialog. Spotkanie dwojga bohaterów z przebojowymi siostrami zaowocuje kolejnym skokiem jakościowym i doprawdy wielkie brawa należą się w tym miejscu całej czwórce aktorów. Stworzonym przez nich wyrazistym, a jednocześnie potraktowanym z przymrużeniem oka postaciom udało się doskonale okiełznać szaloną konwencję całości.

Reżyser w pełni wykorzystał potencjał tkwiący w niezobowiązującej mieszance kina drogi, horroru, komedii oraz typowego teenage movie. Scenarzyści, Rhett Reese i Paul Wernick, użyli solidnego stelażu sprawdzonych fabularnych rozwiązań, aby w groteskową, postapokaliptyczną rzeczywistość wpleść zaskakująco dużo celnych dowcipów i obserwacji. W gusta kinomanów z pewnością trafią liczne filmowe odniesienia i żartobliwe cytaty. Przede wszystkim jednak urzekająca jest niejednokrotnie przebijająca z obrazu Fleischera tęsknota za niepowtarzalną specyfiką kina lat dziewięćdziesiątych. "Zombieland" z gracją dowodzi, że w kinie zawsze znajdzie się miejsce dla inteligentnej parodii, która z całą pewnością zasługuje na to, aby otwierać Noc Horrorów.



2. Drag Me To Hell (2009)

Nazwisko Sam Raimi znane jest każdemu miłośnikowi kina grozy. Reżyser, który trylogią "Evil Dead" zapisał się w historii horroru złotymi głoskami. Choć późniejsza przygoda z komercyjną produkcją, realizacja trzech części "Spider-Mana" zdecydowanie nie wyszła mu na dobre, Mistrz powraca w wielkim stylu. Jego najnowsze dzieło, "Drag Me To Hell" zachwyci każdego miłośnika klasyki gatunku, a młodszym widzom pomoże być może odnaleźć klucz do twórczości legend takich jak Dario Argento, Mario Bava czy Lucio Fulci.

Akcja filmu rozpoczyna się w momencie, kiedy Christine Brown (Alison Lohman), sympatyczna młoda pracownica działu pożyczek bankowych, starając się o awans zmuszona jest dowieść przed szefem swej asertywności i umiejętności podejmowania trudnych decyzji. Pech chciał, że przedłużenia długu pod hipotekę odmawia demonicznej Cygance, pani Ganush (Lorna Raver). Śmiertelnie obrażona staruszka rzuca na bohaterkę straszliwą klątwę Lamii - za trzy dni Christine zostanie uprowadzona żywcem przez demona do samego wnętrza piekieł. Dzielna i rezolutna dziewczyna nie zamierza jednak poddać się bez walki. Wszelkimi możliwymi środkami stara się odegnać zły urok, w czym pomagają jej narzeczony Clay (Justin Long) oraz spirytysta Rham (Dileep Rao).

Seans "Drag Me To Hell" przypomina przechadzkę po Domu Strachów w amerykańskim wesołym miasteczku. Reżyser nie ma zamiaru szokować obdzieraniem ze skóry, długowłosymi topielcami czy morderczym telefonem komórkowym. Zamiast tego dostajemy bardziej tradycyjny zestaw: gusła, latające garnki, rogatego belzebuba oraz seans spirytystyczny. Nie brak mistrzowskich, błyskotliwych sekwencji, w których humor i groza przeplatają się z zachwycającą łatwością, żeby wymienić tu chociażby konfrontację bohaterki z panią Ganush w podziemnym parkingu czy uroczysty obiad Chrisitne i Clay'a u zamożnych rodziców chłopaka. Fabuła rozwija się zgodnie z regułami sztuki i próżno szukać tu oryginalnych rozwiązań, ale wyraźnie nie leżały one w zamyśle twórców. Raimi i spółka raczej pokazują, jak atrakcyjne potrafi być kanoniczne podejście do horroru, w którym główną rolę gra dobra zabawa przyprawiona dreszczykiem emocji. Jest dzięki temu w "Drag Me To Hell" coś z trudno uchwytnej magii kina. Warto dać się oczarować.



3. Sorority Row (2009)

O ile dwie pierwsze propozycje na wieczór należy zdecydowanie zaliczyć do lżejszej odmiany kina grozy, o tyle trzeciej nie sposób odmówić odpowiedniego gatunkowego ciężaru. "Sorority Row" spełnia wszystkie wymogi solidnego horroru i z powodzeniem dostarczy dawki krwawych wrażeń na zwieńczenie maratonu.

Młodzieży nie od dziś trzymają się głupie dowcipy. Bohaterki filmu, grupa pięciu "sióstr" z licealnego bractwa Theta Pi pomagają swojej koleżance Megan (Audrina Patridge) zażartować z niewiernego chłopca, Garretta (Matt O'Leary). Niestety misternie uknuty plan zawodzi dość tragicznie, gdy skołowany chłopak przebija klatkę piersiową symulującej trupa Megan kluczem do wymiany opon samochodowych. Z szoku po wypadku pierwsza otrząsa się Jessica (Leah Pipes). Postuluje zamaskowanie miejsca zbrodni oraz pozbycie się truchła koleżanki poprzez wrzucenie go do opuszczonego szybu. Jedynie Cassidy (Briana Evigan) próbuje przeciwstawić się niemoralnej postawie "siostry", zostaje jednak zaszantażowana przez pozostałe dziewczęta. Mija osiem miesięcy i gdy wydawać by się mogło, że zbrodnia uszła niewiastom na sucho, na hucznej imprezie z okazji zakończenia roku szkolnego pojawia się zamaskowany morderca chcący pomścić śmierć ponętnej Megan.

Film Stewarta Hendlera nie zawiedzie fanów tzw. slasherów, stanowi bowiem iście podręcznikowy przykład realizacji założeń tej odmiany horroru! Pojawiające się na ekranie dziewczyny są atrakcyjne i mają liczne okazje do zaprezentowania swoich wdzięków, w tym podczas obowiązkowej sekwencji pod prysznicem. Mniej lub bardziej rozwiązłe bohaterki spędzają czas na plotkach, balangach i spółkowaniu z przystojnymi chłopcami. Znajdziemy pośród nich ostoję moralności, Cassidy, znerwicowaną prymuskę Ellie (Rumer Willis), zepsutą do szpiku kości Chugs (Margo Harshman), słodziutką Claire (Jamie Chung) oraz ambitną, acz wredną Jessikę. Dialog skrzy się od ciętych ripost i szpilek, które dziewczyny wbijają sobie przy każdej nadażającej się okazji. Sceny zabójstw są odpowiednio efektowne, nieraz pomysłowe, a narzędzie zbrodni należycie wyeksponowane. Znajdzie się także miejsce na gwiazdorski epizod. Carrie Fisher z przekonaniem wciela się w dyrektorkę bractwa, panią Crenshaw. Zestaw atrakcji uzupełnia umiejętne wodzenie widza za nos, aby przedwczesnym wytypowaniem tożsamości mordercy nie popsuł sobie zagadki.

Choć "Sorority Row" daleko do poziomu takich arcydzieł jak "Black Christmas" Boba Clarka czy "Krzyk" Wesa Cravena, wysoki poziom realizacji oraz doskonały warsztat Hendlera czynią zeń znakomity przykład fachowego filmowego rzemiosła. Polecany z piwem i orzeszkami.

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Le Libertin (2000)


Francja, połowa osiemnastego wieku. W posiadłości barona d'Holbacha (François Lalande) jeden z najbardziej znanych filozofów Oświecenia Denis Diderot (Vincent Perez) kończy pracę nad słynną "Encyklopedią". Patronat nad zakazanym przez Kościół dziełem grozi baronowi przykrymi reperkusjami, wobec czego drukarnię przezornie ukryto w podziemiach kaplicy. Ekscentryczny gospodarz dostarcza swoim gościom nieustannych atrakcji. Zgodnie z duchem epoki przeprowadza wszelakiej maści eksperymenty, od badań nad halucynogenami poczynając, a na budowie organów z kwiczącej wieprzowiny kończąc. Libertyńskie towarzystwo zasila przybyła z Berlina malarka, pani Therbouche (Fanny Ardant). Pragnie wykonać portret Diderota. Jej przyjazd zbiega się z nieoczekiwanymi odwiedzinami brata d'Holbacha, surowego Kardynała (Michel Serrault). Ekscentyczna baronowa (Josiane Balasko) stanie na głowę, aby odwieść kościelnego dostojnika od pobożnej modlitwy w rodzinnej kaplicy.


"Libertyn" należy do niemal zapomnianego już gatunku komedii z zabarwieniem erotycznym. Zawiedzie widzów, którzy spodziewali się wiernego obrazu realiów epoki tudzież udokumentowanych epizodów z życiorysu autora "Kubusia Fatalisty". Film Gabriela Aghion jest raczej lekką fantazją na temat obyczajowego wyzwolenia tamtych czasów. Reżyser z humorem przeplata kolejne wątki, dzięki czemu akcja nie ustaje nawet na moment. Przepełniony élan vital Diderot stanie przed nie lada wyzwaniem zredagowania hasła "moralność", podczas gdy pani Therbouche przekona go do pozowania nago, żona urządzi scenę zazdrości, a córka podstępem zdobędzie zgodę na poczęcie nieślubnego potomka. Jednocześnie baronowa d'Holbach będzie wymyślać coraz to nowe fortele, aby uśpić czujność Kardynała, a jej wesołe towarzystwo bez skrępowania pogrąży się w odkrywaniu drobnych libertyńskich przyjemności. Zobaczymy między innymi korzyści płynące z posiadania tureckiego masażysty eunucha oraz kąpieli w mleku.
Wszystko to podane w dobrym guście i znakomitą aktorską obsadą. Vincent Perez wyraźnie dobrze się bawi, odgrywając dowcipne perypetie, przed jakimi staje jego bohater. Fanny Ardant intryguje nieprzemijającą urodą, Josiane Balasko świetnie sprawdza się w roli barwnego narratora. Niewątpliwą atrakcją jest występ Audrey Tatou, która wciela się w uwodzicielskiego podlotka, córkę barona d'Holbacha. Niestety prawdziwą skazą na tym klejnocie okazuje się oprawa muzyczna. Zamiast sympatycznych kompozycji z epoki dostajemy potworne dyskotekowe rytmy. Co najmniej kilkakrotnie pozostawia to prawdziwy niesmak i doprawdy trudno zrozumieć, co powodowało twórcami przy wyborze takiego rozwiązania.

"Libertyn" z powodzeniem wypełnia lukę, która powstała wraz z nastaniem prymatu lukrowanego czy też prymitywnego amerykańskiego humoru. Inteligentna, przyprawiona ze smakiem szczyptą erotyzmu komedia to danie, którego nie sposób sobie odmówić. Pozostaje zasiąść do stołu.