wtorek, 11 maja 2010

Pontypool (2008)


Wszystko zaczęło się od zaginięcia kota pani French. W Pontypool rozwieszono plakaty z dramatyczny ogłoszeniem: "Czy widziałeś Honey?". Jednak nikt nie widział zwierzaka do momentu, gdy panna Colette Piscine o mało nie rozjechała go na moście Pont de Flaque. Colette brzmi prawie jak "culotte", co jest francuskim określeniem na damskie majtki. "Piscine" to po włosku basen, "flaque" oznacza to samo po francusku. W tłumaczeniu na angielski: Panna Panty Pool o mało co nie rozjechała kota pani French na moście Pont de Pool w miasteczku Pontypool. Przypadkowa gra słów czy, jak wolałby Norman Mailer, zwiastun ważkich historycznych wydarzeń?


Bohaterem "Pontypool" jest Grant Mazzy (Stephen McHattie), radiowy DJ u końca swej kariery. Niegdyś popularny i rozpoznawany dzięki bezkompromisowym, kontrowersyjnym wypowiedziom, po latach doczekał się wygnania na kanadyjską prowincję. Grant Mazzy prowadzi poranny program, w którym zapełnia czas antenowy wieściami o wyprzedażach w lokalnym supermarkecie czy premierze najnowszej sztuki szkolnego teatrzyku. Producentka, Sidney Briar (Lisa Houle) czuwa pilnie nad trudnym do poskromienia językiem radiowego wygi, natomiast młodziutka realizatorka Laurel-Ann (Georgina Reilly) sympatyzuje z Mazzy'm i przymyka oko na szmuglowany do studia alkohol.
W objętym stagnacją Pontypool pewnego dnia nieoczekiwanie wybuchają zamieszki. Przed gabinetem doktora Mendeza (Hrant Alianak) gromadzi się tłum rozwścieczonych mieszkańców z niewiadomych przyczyn szturmujący wejście. Przebieg wydarzeń na żywo relacjonuje Ken Loney (Rick Roberts), na co dzień odpowiedzialny za lokalną prognozę pogody podawaną z rzekomo latającego nad miasteczkiem "Słonecznego helikoptera". W pierwszych doniesieniach pełno jest sprzecznych informacji, do studia napływają przerażające, pełne niezrozumiałych krzyków telefony od spanikowanych uczestników zajścia. Oficjalne źródła milczą aż do chwili, gdy BBC donosi o wkroczeniu na teren Pontypool francuskiej Gwardii Narodowej i objęciu miasta oficjalną kwarantanną.

"Pontypool" Bruce'a McDonalda to jedno z najciekawszych i najbardziej udanych dokonań kina grozy ostatnich lat. Błyskotliwa adaptacja powieści Tony'ego Burgessa "Pontypool Changes Everything" oferuje widzom mistrzowsko dozowane napięcie, odpowiednią dawkę makabry oraz karkołomną zmianę konwencji zakończoną z postmodernistycznym rozmachem.

Pierwsza część filmu okazuje się doskonale zrealizowanym dramatem dziennikarskim. Pozornie błaha, lokalna awantura w zastraszającym tempie przeradza się w wiadomość podawaną przez wszystkie krajowe media. Będący w centrum wydarzeń bohaterowie starają się wykorzystać wszelkie dostępne środki, aby przekazywać w eter rzetelne informacje. W jednej chwili stają się odpowiedzialni za weryfikację napływających zewsząd hipotez i domysłów. Na ekranie narasta atmosfera irracjonalnego zagrożenia. Akcja nie wykracza poza budynek rozgłośni, a kolejne relacje ze "Słonecznego helikoptera" przybierają coraz bardziej dramatyczny charakter. Gdy okazuje się, że za szerzącą się fale przemocy odpowiedzialny jest tajemniczy wirus, McDonald śmiało wkracza w stylistykę horroru. Na widza czeka jednak niespodzianka, bowiem scenariusz Burgessa wymyka się schematycznym rozwiązaniom. Historia już po chwili zbacza z utartego szlaku i zamiast przerodzić się w tradycyjny krwawy zombie survival inteligentnie rozwija tkwiący w niej abstrakcyjny potencjał.

Jedną z najmocniejszych stron "Pontypool" jest popisowy aktorski duet dwójki głównych bohaterów. Lisa Houle i Stephen McHattie doskonale wydobywają wszelkie niuanse relacji łączącej grane przez nich postaci. Rzadko mamy okazję oglądać równie znakomity występ w kinie grozy. Houle i McHattie są zresztą parą w życiu prywatnym i może właśnie w tym kryje się tajemnica.

"Pontypool" zasługuje na uwagę nie tylko ze strony amatorów gatunku. Pod fasadą horroru kryje się prawdziwa perła, wpisująca się w tradycję prozy Witkacego, Petera George'a, Anthony'ego Burgessa czy nawet Doroty Masłowskiej. Film stworzony do fascynującej lektury między wierszami.

sobota, 8 maja 2010

Were The World Mine (2008)


Życie nastoletniego geja uczęszczającego do męskiego liceum w dziesięciotysięcznym miasteczku nie może być usłane różami. Klasę wypełniają przystojni młodzieńcy, których głównymi pasjami są rugby i panienki. O romansie z przystojnym rozgrywającym Jonathonem (Nathaniel David Becker) można tylko pomarzyć, a na wytykanie palcami nie trzeba specjalnie długo czekać. Główny bohater, Timothy (Tanner Cohen) może liczyć jedynie na wsparcie kochającej matki Donny (Judy McLane) oraz wiernych indie-przyjaciół, Frankie (Zelda Williams) i Maxa (Ricky Goldman). Przyszłość wydaje się szara czy wręcz brutalnie przewidywalna do momentu, gdy nauczycielka angielskiego, pani Tebbit (Wendy Robie) odkrywa w Timothym prawdziwy aktorski talent. Zgodnie ze szkolną tradycją, a ku zgryzocie trenera Driskilla (Christian Stolte) wszyscy chłopcy z ostatniej klasy mają obowiązek wziąć udział w adaptacji "Snu nocy letniej". Przejęty rolą Puka bohater pod wpływem dziwnego impulsu sporządza miłosny napój zaklęty w bratku. Zgodnie z tekstem dramatu:

"Sok zeń spuszczony na śpiące powieki
Mężczyzn czy niewiast każe im miłować
Twór, który najpierw ujrzą po ocknieniu."

Nie byłoby może w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że napój Timothy'ego naprawdę działa.

"Were The World Mine" to dzieło przedziwne. Z jednej strony cierpi na wszelkie możliwe wady niskobudżetowej produkcji: momentami kiepskie aktorstwo niweczy przekaz kilku ambitniejszych dialogów, a niejedna sekwencja aż prosi się o muzyczny podkład. W wielu partiach filmu dość przykro rzuca się w oczy brak sensownego montażu czy ewidentny niedobór dubli. Jednak z drugiej strony oryginalny, dowcipny scenariusz i znakomicie zrealizowane sekwencje musicalowe sprawiają, że wiele z tych błędów skłonni jesteśmy filmowi Toma Gustafsona wybaczyć. Oniryczne wizje od początku towarzyszące marzycielskiemu Timothy'emu zgrabnie wprowadzają widzów w mające nastąpić bajkowe rozwiązania fabularne. Lekki ton narracji pozwala ograniczyć do minimum dydaktyczne queer drama, choć nie może obejść się bez obowiązkowego sportretowania aktów nietolerancji. Ich żartobliwym apogeum jest scena, w której społeczność miasteczka oburzona wywołaną przez bohatera falą homoseksualnych związków całą winą obarcza Szekspira, przypisując mu promowanie sodomii wśród młodzieży. Faktycznie, poddani działaniu magicznego bratka ludzie zaczynają używać zwrotów ze "Snu nocy letniej", szczególnie często przywołując zdanie Lyzandra "The course of true love never did run smooth" ("Nigdy pogodnie prawdziwej miłości strumień nie płynął"). Zapożyczeń i cytatów z dzieła angielskiego dramaturga można bez trudu odnaleźć w "Were The World Mine" znacznie więcej, między innymi w tekstach śpiewanych przez bohaterów piosenek. Przy czym to właśnie wspomniane musicalowe oblicze filmu okazje się najjaśniejszym jego aspektem. Tanner Cohen prezentuje olśniewający wokal, którego oprawą stają się kiczowate dekoracje szkolnego przedstawienia znienacka ożywione reżyserią Gustafsona. Zupełnie jakby za sprawą czarów za kamerą stanął inny człowiek. Aż żal, że całości dzieła zabrakło błyskotliwego rozmachu i profesjonalizmu, z którymi przeniesiono na ekran poszczególne utwory.

"Were The World Mine" to film, którego bezkrytycznie polecić doprawdy nie sposób. Seans z pewnością zaintryguje amatorów Szekspira oraz wysportowanych męskich torsów. Pozostałych widzów czeka jednak rozczarowujący niedosyt wrażeń. Tom Gustafson jest jeszcze o krok od prawdziwie fascynującego kina, pozostaje mu kibicować.


*Wszystkie cytaty ze "Snu nocy letniej" zaczerpnięte z przekładu Stanisława Koźmiana.