niedziela, 23 stycznia 2011

Kadr tygodnia: A Cock and Bull Story (2005)

Kpt. Toby Shandy (Rob Brydon),
Wdowa Wadman (Gillian Anderson)

środa, 19 stycznia 2011

Dekada, 2001-2010

Wydaje się, że Internet za nic ma nauki pokoleń belfrów, którzy na lekcjach historii z namaszczeniem wpajali nam uświęcony przez wieki sposób pojmowania czasu. I tak XXI stulecie zamiast w roku 2001 zaczęło się zdaniem większości ludzkości o rok wcześniej, a jego pierwsza dekada objęła tym samym lata 2000-2009. Stąd też liczne filmowe podsumowania, na które można było natknąć się już ponad dwanaście miesięcy temu w sieci. Nieco przekornie wobec Nowych Mediów, za to zgodnie z duchem tradycyjnej edukacji, postanowiłem zaproponować czytelnikom bloga listę dziesięciu tytułów, które na trwałe zapisały się przez ostatnie lata w mej pamięci. W tym tygodniu pięć pozycji, poczynając od numeru dziesiątego.



10. Tulse Luper Suitcases: The Moab Story (2003)

Peter Greenaway i jego próba przeniesienia na język filmu ideałów postmodernistycznej powieści. "Tulse Luper Suitcases" to fikcyjna biografia nawiązująca do "Życia i myśli JW Pana Tristrama Shandy", osiemnastowiecznego kamienia milowego w historii literatury autorstwa Laurence'a Sterna. Brytyjski reżyser bada granice eksperymentu, którego przebieg w dużej mierze uzależnia od stopnia zaangażowania odbiorcy.
Film opowiada o losach Tulse'a Lupera (JJ Feild), podróżnika i awanturnika obdarzonego niespokojnym duchem odkrywcy oraz kolekcjonera. "The Moab Story" to pierwsza część trylogii skupiająca się na dzieciństwie i młodzieńczych przygodach bohatera przypadających na lata trzydzieste dwudziestego wieku. Dowiadujemy się o zdarzeniach, które przesądziły o charakterze i obsesjach Tulse'a. Odnajdujemy również źródło jego fascynacji tytułowymi walizkami. Każda z nich nosi swój własny numer z zakresu od jednego do dziewięćdziesięciu dwóch. Zawierają przeróżne przedmioty, będące świadectwami zainteresowań czy przygód bohatera, od zbioru bryłek węgla kamiennego począwszy, poprzez zabawki, listy miłosne, perfumy, pieniądze. Walizki stają się dominantą kompozycyjną barokowej narracji i zarazem kluczem do odczytywania całości dzieła.

Greenaway dokonuje dekonstrukcji formy dokumentu. Rozwój akcji komentowany jest przez znanych historyków, poszczególne epizody historii odgrywane są często w umownych dekoracjach. Kilka razy widzimy fragmenty castingów do poszczególnych ról. Rzeczywistość, z którą zostajemy skonfrontowani, nosi zatem wiele cech umownych. Tytułowy bohater jest postacią enigmatyczną i nie wiadomo, na czym polega jego wyjątkowość. Widz szybko odnosi wrażenie, że pospołu z Tulse'm stał się igraszką reżysera. Ów, znany z perfekcyjnego opanowania formuły filmowej mozaiki, bez wahania zapełnia ekran potokiem informacji, zagadek i tropów. Zaczerpniętą od Sterne'a polifonię przekłada na filmowe środki wyrazu i podobnie jak genialny literacki poprzednik naczelną zasadą narracji czyni dygresję. Nie cała ukryta w fabule szarada wydaje się możliwa do rozwikłania, jednak sposób jej podania okazuje się na tyle atrakcyjny, że zamiast rozczarowania pojawia się wrażenie niedosytu. W "Moab Story" nie odnajdziemy wszystkich walizek. Dane nam będzie domyśleć się, że ich liczba nie jest przypadkowa i odpowiada liczbie atomowej uranu, którego wydobyciem zainteresowana jest rodzina Hockmeisterów z pustyni Moab, od pewnego momentu nieodłącznie powiązana z losami bohatera. Okazuje się, że o ile część walizek została naturalną koleją rzeczy odłożona do pozostałych części trylogii, o tyle część zgodnie z wizją Greenaway'a miała być możliwa do odnalezienia w osobnych, pomniejszych projektach, skrytych chociażby w czeluściach Internetu.

Pytanie o sens fikcyjnej historii Tulse'a Lupera staje się pytaniem o konstrukcję i sposób funkcjonowania współczesnej kultury masowej. Reżyser spróbował zasymulować powstanie fenomenu, którym w ostatniej dekadzie stała się trylogia "Władcy pierścieni", "High School Musical", przygody Harry'ego Pottera czy saga "Zmierzch". Dlaczego poniósł porażkę? Odpowiedzi należy szukać już w drugiej części tryptyku. Jej seans nawet najbardziej zagorzałym entuzjastom "Moab Story" przynosi przykre rozczarowanie. Odnosi się wrażenie, jakby Greenaway'owi zabrakło pomysłów, a przede wszystkim radości z tkania filmowej pajęczyny. Zanikają gdzieś humor i koncept, historii brakuje dynamiki oraz kośćca. Należy przy tym pamiętać, że odbiorca, w którego celuje reżyser, jest wybredny i zawsze z pewną dozą podejrzliwości podchodzi do tak prowokacyjnych projektów. Niepowodzenie trylogii Lupera sprawiło, że nie wszystkie ambitne założenia doczekały się realizacji, nie wspominając o ograniczeniu budżetu, które wpłynęło na smutny kształt trzeciej części. Jednak swym dziełem podejmuje Greenaway inteligentną, niejednokrotnie przewrotną dyskusję z jedną z naczelnych zasad współczesnej kultury i sztuki: bezustannym autocytowaniem. Jego głos okazuje się na tyle erudycyjny i istotny, że "Moab Story" wpisuje się w filmowy kanon złotymi zgłoskami.


9. Lost In Traslation (2003) Sofia Coppola

Są różne rodzaje miłości. Hollywood przyzwyczaiło nas do takiej, o którą walczy się w ostatniej chwili uciekając sprzed ołtarza, biegnąc na złamanie karku, jadąc samochodem czy skuterem przez zatłoczone miasto. Słowem uczucie na zabój, gwałtowne, prawdziwe i namiętne. Do znudzenia powtarzany schemat komedii romantycznej nakazuje bohaterom dokonywać dramatycznych wyborów, stawać wobec tej jednej jedynej szansy znalezienia bratniej duszy.

Bohaterowie filmu Sofii Coppoli nigdzie się nie spieszą. Charlotte (Scarlett Johannson) skończyła filozofię i wyszła za mąż za Johna, robiącego karierę młodego fotografa. Przyjechała z nim do Tokio dla towarzystwa, zasmakować orientu, przemyśleć dalsze życiowe plany. Bob Harris (Bill Murray) to amerykański aktor, który przyjechał do Japonii nagrać reklamówkę tamtejszej Whisky. Okres świetności ma już za sobą, w domu zostawił żonę wraz z dziećmi. Bez większego entuzjazmu odbywa z nią telefoniczne rozmowy i pomaga wybrać kolor kafelków do remontowanej kuchni. Charlotte i Bob spotykają się w hotelowym barze. Zamiast ognistego romansu albo przypadkowego stosunku połączy ich zwykła rozmowa. On błyskotliwy, lekko zgorzkniały, ona inteligentna i sympatyczna. Spędza razem trochę czasu. Wybiorą się na imprezę u jej japońskich znajomych, posiedzą przed telewizorem. Nie przekroczą żadnej spektakularnej granicy intymności. Gdzie tu zatem kino?

"Między słowami" z wdziękiem i orzeźwiającą lekkością unika filmowego banału. W prostej fabule znajduje się miejsce na dużą dawkę humoru oraz świetne dialogi. To głównie dzięki nim realizm zdarzeń i postaci nabiera atrakcyjnej formy. Widz ze zdumieniem odkrywa, jak odsłania się przed nim wnikliwy i subtelny portret bohaterów. Wydaje się, że nie można było lepiej dobrać odtwórców głównych ról. Scarlett Johansson i Bill Murray budują na ekranie jedną z tych nieuchwytnych więzi, którą Amerykanie zwykli nazywać "chemią". Łączące ich uczucie wymyka się przejrzystym hollywoodzkim schematom. Próżno szukać tu reżyserskich potknięć, uproszczeń, egzaltacji. Język Coppoli jest oszczędny, a przy tym niesłychanie wrażliwy, złożony ze zgrabnie dobranych obserwacji połączonych w dziwnie wzruszającą całość.
"Między słowami" to jedno z rzadkich dzieł, które zyskują przy każdym kolejnym seansie. Wyjątkowy rytm narracji oraz wyraźne nawiązania stawiają ten film obok "Absolwenta" Mike'a Nicholsa. Coppola znajduje alternatywną odpowiedź na pytania, przed którymi stają bohaterowie obu tych filmów. Mistrzostwo, z jakim to robi, zasługuje na najwyższe uznanie.




8. Prestige (2006) Christopher Nolan

Osadzona w dziewiętnastowiecznym Londynie historia rywalizacji dwóch magików. Robert Angier (Hugh Jackman) to arystokrata, który zafascynowany sztuką iluzji postanawia samodzielnie zgłębić jej tajniki. Nie ujawnia swojej lordowskiej godności i wraz z żoną (Piper Perabo) angażuje się jako pomocnik wziętego magika. Drugim pomocnikiem jest Alfred Borden (Christian Bale). Genialny samouk, w przeciwieństwie do Angiera nie grzeszy dobrymi manierami, ma fatalną dykcję i kiepską prezencję. Jednak wykazuje niezwykły talent i głębokie zrozumienie filozofii magicznych sztuczek. Podczas jednego z występów dochodzi do tragicznej śmierci ukochanej Angiera. Bohater winą obarcza Bordena. Od tego momentu rozpoczyna się ich rywalizacja, powoli przeradzająca się w obsesję. Zemsta, chęć przewyższenia a zarazem ośmieszenia przeciwnika staną się głównym motywem działań obu mężczyzn, w których wykroczą daleko poza granicę scenicznej rozrywki.

"Prestiż" to prawdziwy powiew świeżości na horyzoncie kina rozrywkowego. Znakomicie skonstruowany scenariusz opiera się na starciu dwóch fascynujących osobowości, dzięki czemu Nolan może stworzyć kameralne, trzymające w napięciu widowisko. Pojedynek kreacji Jackmana i Bale'a zapiera dech w piersiach. Obaj aktorzy stwarzają realistyczne, pogłębione psychologicznie postaci. Kroku dotrzymuje im równie trafnie obsadzony drugi plan: Michael Caine, Rebecca Hall, Scarlett Johansson.

Amerykański reżyser potrafi zaszczepić widzowi fascynację mrokami ludzkiej osobowości. Stwarza antybohaterów, którzy intrygują i docierają do masowego odbiorcy. W "Dark Knight" ewidentnie nie udało się w zdezorientowanym Batmanie odnaleźć przeciwwagi dla psychopatycznego Jokera. "Prestiż" triumfuje dzięki zestawieniu moralnie dwuznacznych antagonistów, jednocześnie olśniewając bogactwem szczegółów, wyczarowanym na ekranie klimatem epoki. Nie sposób pominąć genialnego zabiegu, jakim było sięgnięcie do zaniedbywanej dotychczas postaci Nikola Tesli (David Bowie) czy zaczerpnięcie motywu ślepców z "Dr. Mabuse" Fritza Langa.

Christopher Nolan odniósł w tej dekadzie spektakularny sukces. I choć "Memento" z roku dwutysięcznego należy uznać za jego najważniejsze dotychczasowe dokonanie, to właśnie "Prestiż" osiągnął największy możliwy kompromis między komercją a nowatorską filmową sztuką.


7. La Pianiste (2001) Michael Haneke
Są granice między chorobą a normalnością, których istnienia wolelibyśmy nie zauważać. Uliczne billboardy co dzień nawołują do pomocy niepełnosprawnym, cierpiącym na zespół Tourette'a, zarażonym wirusem HIV. W czasach, kiedy tolerancja stała się modnym, dobrze finansowanym hasłem, austriacki reżyser Michael Haneke wkroczył w rejon niemożliwy do ujęcia w proste slogany społecznej akceptacji, a zatem kontrowersyjny i niewygodny. Otoczona aurą obyczajowego skandalu "Pianistka" to studium choroby psychicznej. Dzieło estetyczne, zdystansowane aż do granic okrucieństwa, w wyjątkowy sposób dotyka problematyki praktycznie nieobecnej w dziejach kina.

Erika (Isabelle Huppert) jest nauczycielką w klasie fortepianu elitarnego paryskiego konserwatorium. Ceniona specjalistka od Schuberta, znana i poważana w środowisku słynie z surowego podejścia do swych wychowanków. Pewnego dnia na przyjęciu bohaterka spotyka Waltera (Benoît Magimel) - młodego, atrakcyjnego mężczyznę, który okazuje się również uzdolnionym muzykiem. Walter jest wyraźnie zafascynowany osobowością i talentem Eriki. Aplikuje do jej konserwatorium i zostaje przyjęty. Od tej pory będzie starał się pozyskać względy nieprzystępnej kobiety. Nie zdaje sobie sprawy, że obiekt jego fascynacji zmaga się z poważnymi zaburzeniami psychicznymi.
Erika łączy głębokie zrozumienie, miłość do muzyki klasycznej z upodobaniem do "twardej" pornografii i praktyk masochistycznych. Wydaje się, że wizyty w obskurnych sex shopach oraz regularne samookaleczenia są wentylem bezpieczeństwa, rodzajem autodestrukcyjnego odreagowania jej osobowości. Nie możemy być pewni źródeł patologicznych zachowań bohaterki, jednak domyślamy się, że ich główną przyczyną jest życie pod jednym dachem z niestabilną matką, od wielu lat starającą się obsesyjnie kontrolować życie córki. Niezdolna zmierzyć się z obłędem rodzicielki Erika sama znalazła się w kręgu choroby.

"Pianistka" jest bardziej intensywna niż niejeden film grozy. Haneke operuje jedyną w swoim rodzaju stylistyką, przedstawia fabułę z chirugiczną precyzją i dystansem, co sprawia, że widzowi nie jest sugerowana żadna banalna wykładnia postępowania bohaterów. Jednocześnie Isabelle Huppert potrafiła niesamowicie oddać targające Eriką, tłamszone przez lata emocje. To dzięki jej kreacji film wymyka się jednoznacznym interpretacjom, a do chłodnego portretu tytułowej bohaterki wkrada się zaskakujący element empatii. Choć postać Eriki jest przerażająca, uświadamia nam, że granice, które przekroczyła na swojej drodze są ulotne i bliskie każdemu człowiekowi. Ukazuje również jak wiele, niedostrzegalnie na pierwszy rzut oka, potrafi dzielić goffmanowską "scenę" od "kulis". Huppert sprostała aktorskiemu wyzwaniu, jakim było wydobycie tragizmu zawartego w tej roli, ukazanie cierpienia Eriki i jej świadomej rezygnacji z "normalnego" życia. Życia, do którego nie potrafi lub nie chce wręcz powrócić.

Wielu widzów zanegowało "Pianistkę", uznając ją za film całkowicie oderwany od rzeczywistości, przejaskrawiony, a nawet głupi. Reżysera oskarżano o bezcelowe ukazywanie patologii i przemocy. To prawda, że Haneke sięga po drastyczne środki wyrazu i przedstawia kontrowersyjną historię. Ma jednak do tego prawo, a trudno spodziewać się, by jego dzieło spotkało się z powszechną społeczną akceptacją. "Pianistka" prowokuje. Zmusza do myślenia. Jest piękną historią o miłości.


6. Sideways (2004) Alexander Payne

Nie od dziś wiadomo, że nie ma to jak ostatni łyk kawalerskiej wolności. Na tydzień przed ślubem przyszły Pan Młody Jack (Thomas Haden Church) oraz jego przyjaciel Miles (Paul Giamatti) wybierają się w podróż po słonecznych winnicach południowej Kalifornii. Miles, nauczyciel angielskiego w liceum oraz niespełniony pisarz, liczy na czas wypełniony relaksem, degustacją szlachetnych trunków, okazjonalnie partią golfa. Jednakże Jack, były gwiazdor popularnej telenoweli po latach dorabiający w reklamówkach, ma nadzieję solidnie się wyszaleć, dać upust prostym chuciom i żądzom. Na ich drodze już niebawem pojawiają się intrygujące kobiety - sympatyczna Maya (Virginia Madsen) oraz nieco zwariowana Stephanie (Sandra Oh). Mimo rozbieżności charakterów, oczekiwań czy wreszcie zainteresowań, bohaterowie przeżyją wspólnie wyjątkowe siedem dni, stawiając czoła zdarzeniom wykraczającym daleko poza granicę rozrywek konwencjonalnego urlopu.

Komedie obyczajowe ostatnich dziesięciu lat przyzwyczaiły nas do efekciarskiego i nieco naiwnego humanizmu zrodzonego na festiwalu w Sundance. Znany z "About Schmidt" Alexander Payne rezygnuje z tej wygodnej maniery na rzecz niemal zapomnianego już w kinie realizmu. Bohaterowie "Bezdroży" to grupa ludzi w średnim wieku z bagażem doświadczeń przeciętnej codzienności. Ich problemy nie wynikają z mrocznej przeszłości czy dramatycznego sekretu w życiorysie, nie oznacza to jednak, że są banalne czy proste. Konfrontacja z osobistymi ograniczeniami i kompleksami okazuje się tematem swobodnej, wypełnionej bystrą obserwacją narracji. Reżyser opowiada o szacunku i tolerancji, które leżą u podstaw dziwnej przyjaźni Milesa i Jacka, o zaufaniu i powoli budowanych na nim relacjach damsko-męskich, wreszcie o pasji i miłości do wina. Paul Giamatti i Virginia Madsen tworzą jeden z najpiękniejszych duetów tej dekady. Ich gra jest dojrzała, emocjonalna, wrażliwa na subtelności i niuanse potrzebne do wskrzeszenia zdewaluowanego pojęcia romantyzmu. Thomas Haden Church oraz Sandra Oh znakomicie wprowadzają akcenty komediowe, nawet w najbardziej intensywnych momentach zachowując granicę autentyzmu i dobrego smaku.

Są bukiety czerwonego trunku, które rozwijają się powoli, odsłaniając wyważoną, bogatą kompozycję. "Bezdroża" są podobne. Zapadają na długo w pamięć, a powracając do nich z radością odkrywamy, że mienią się zawsze trochę innym odcieniem.

piątek, 14 stycznia 2011

sobota, 8 stycznia 2011

Halloween (1978)


Michael Myers. Sześcioletni chłopiec, który w noc halloween z niewytłumaczalnych przyczyn z zimną krwią zamordował swoją starszą siostrę. Dziecko, którego twarz przestała okazywać jakiekolwiek emocje. Beznadziejny przypadek, który nie poddawał się żadnej znanej psychiatrii terapii. Psychopata, który piętnaście lat po popełnionej zbrodni ucieka ze szpitala. Wcielony Boogeyman.

Zrealizowane pod koniec lat siedemdziesiątych "Halloween" Johna Carpentera oraz "Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną" Tobe Hoopera otworzyły nowy rozdział w historii horroru. Dotychczas losy ludzkości zależały między innymi od szlachetnego Gregory'ego Pecka (Omen) czy sędziwego Maxa von Sydowa (Egzorcysta). Tymczasem, poczynając od następnej dekady, ciężar kina grozy spocznie niemal wyłącznie na barkach grup nastolatków zmuszonych do konfrontacji z zamaskowanym mordercą. Zaraz po Michaelu Myersie na ekranach kin pojawią się Jason Voorhees (Piątek Trzynastego) czy Freddie Kruegger (Koszmar z Ulicy Wiązów). Ucieleśnione zło na trwałe zamieszka na prowincji, biwakach i przedmieściach.

"Halloween" wykorzystuje cały repertuar celuloidowej sztuki straszenia. Voyerystyczne sekwencje z udziałem Myersa nawiązują do włoskiego giallo, a profetyczne szarże doktora Loomisa (Donald Pleasence) pozwalają nadać całości charakterystyczny dla purytańskiego horroru moralizatorski wydźwięk. Twórcze zapożyczenia i inspiracje stanowią podstawę rewelacyjnego warsztatu Carpentera. Reżyser czerpie z dorobku wielkich poprzedników, ale potrafi przy tym wprowadzić wiele świeżych, oryginalnych rozwiązań, których istotą jest łamanie znanych widzowi konwencji i symetrii. Podstawowym zabiegiem staje się osadzenie akcji w przestrzeni bliskiej amerykańskiemu sercu. Wraz z przyjazdem Myersa osiedle podmiejskich, jednorodzinnych domków traci charakter bezpiecznej przystani, nabierając cech opustoszałego labiryntu. Znikają obrazy uśmiechniętych sąsiadów koszących trawniki czy rozbrykanych dzieci na placu zabaw. Kadrem rządzi pustka, nie ma do niego wstępu nikt poza bohaterami. Jednocześnie zaburzeniu ulega dynamika typowej fabuły. Wyścig z czasem, który z początku podejmuje dr Loomis, zostaje w pewnym momencie całkowicie zdyskredytowany. Lokalne władze ignorują apokaliptyczne wizje roztaczane przez rozhisteryzowanego lekarza i wydaje się, że poza drobnym włamaniem do sklepu wielobranżowego nic nie zakłóca sielankowej codzienności. Kluczowym elementem konstrukcji "Halloween" jest ten właśnie moment, kiedy widzowie są już w pełni świadomi zbliżającego się krwawego dramatu, podczas gdy bohaterowie mogą go zaledwie niejasno przeczuwać. W trakcie seansu nie tylko śledzimy poczynania mordercy, niejednokrotnie wręcz obserwujemy świat z jego perspektywy! Zostajemy tym samym zdemaskowani - pozbawiony tożsamości Michael Myers uosabia wszystkie oczekiwania żądnej wrażeń publiczności. W niepokojąco długiej scenie agonii, której z fascynacją przygląda się bohater, Carpenter pokazuje, że jedynym usprawiedliwieniem poczynań psychopaty jest obecność adresata, odbiorcy filmu. Podkreśla to również odrealniony, mroczny finał. Ostatnie zdanie, które pada na ekranie dowodzi, że mamy do czynienia z jedyną w swoim rodzaju dekonstrukcją horroru.

Wielu kinomanów z sentymentem powraca do dokonań kina grozy z tego okresu. Dziś nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jarmarczny Freddie Kruegger czy biwakowy Jason już od chwili ekranowego debiutu dysponują wyłącznie niewinnym aparatem grozy rodem z gabinetu figur woskowych. W przeciwieństwie do nich Michael Myers budzi o wiele głębsze przerażenie. Wykracza ono daleko poza granice kinowej sali. John Carpenter, podobnie jak Michael Haneke opowiedział o odpowiedzialności, którą ponosi nasza wyobraźnia.

czwartek, 6 stycznia 2011

Kadr tygodnia: Angel Heart (1987)

Harry Angel (Mickey Rourke)

The Thing (1982)


Antarktyda. Spokojny żywot bazy amerykańskich naukowców przerywa pojawienie się psa ściganego przez helikopter z dwoma Norwegami na pokładzie. Zanim znajdzie się okazja do jakichkolwiek wyjaśnień, pierwszy z Normanów ginie, upuszczając przez nieuwagę w śnieg dopiero co odbezpieczony granat. Drugi strzela na oślep do zwierzaka, próbując rozpaczliwie porozumieć się z zaskoczonymi Amerykanami w swoim ojczystym języku. Leksykalną ignorancję oraz słabą znajomość kowbojskiej mentalności przyjdzie przepłacić mu życiem. Z całego zamieszania jedynie pies wychodzi bez szwanku, trafiając pod troskliwą opiekę bohaterów. Już wkrótce okaże się, że po odległej bazie Norwegów pozostały jedynie zgliszcza, a wewnątrz sympatycznego czworonoga ukrywa się zagrażający całej ludzkiej rasie kosmita.

"The Thing" należy do żelaznej klasyki horroru. Rzadko można spotkać fabułę o równie perfekcyjnie rozłożonym napięciu - najpierw przed widzem umiejętnie odkrywane są kolejne elementy zagadki związanej z pozaziemską istotą, po czym ciężar dramaturgii płynnie przenosi się na psychologiczny pojedynek pomiędzy bohaterami postawionymi w kryzysowej sytuacji. Krwawe punkty kulminacyjne i efektowne zwroty akcji potęgują atmosferę nieustannego zagrożenia. Baza na Antarktydzie niewiele różni się od kolonii na obcej planecie. Naukowcy pozbawieni są kontaktu ze światem, a warunki panujące na zewnątrz uniemożliwiają przeżycie bez specjalnego ekwipunku. Reżyseria Johna Carpentera i zdjęcia Deana Cundey'a stwarzają na ekranie obcy, groźny świat, w którym dominującym uczuciem jest lęk przed nieznanym. Dzięki temu w kilku scenach "The Thing" sięga ideału science-fiction.

Mimo wszystko seans tego dzieła wymaga sporo rozrywkowego dystansu. W scenariuszu autorstwa Billa Lancastera aż roi się od dziur i niekonsekwencji. Amerykańscy naukowcy mentalnością oraz zdolnością logicznego myślenia przypominają raczej pierwszych osadników na Dzikim Zachodzie. Wiedza bohaterów na przyrodnicze tematy pozostawia wiele do życzenia i po kilkunastu minutach odnosimy wrażenie, że załoga bazy składa się z ekscentrycznego pilota (Kurt Russell), dziarskiego lekarza (Wilford Brimley), tchórzliwego chemika (Joel Polis) oraz chmary techników o bliżej nieokreślonych funkcjach. Co więcej, bohaterowie ewidentnie nie są w stanie przestrzegać jakichkolwiek przepisów BHP i z truchłem obcej formy życia obchodzą się równie beztrosko co z byle martwą foką. Wprawdzie dr Blair na początku sekcji zwłok tajemniczej kreatury zakłada rękawiczki, ale już chwilę potem z gracją prowincjonalnego rzeźnika chlapie krwią na siebie i zgromadzonych wokół kolegów. Dochodząc po kilku minutach do całej serii ryzykownych i nie popartych żadnymi dowodami hipotez, Blair referuje je w iście akademickim tonie. Przy pomocy ołówka pokazuje zebranym poszczególne elementy morfotyczne ociekających limfą zwłok, po czym w geście głębokiego zamyślenia przykłada ten sam ołówek, tą samą dopiero co ubrudzoną śluzem końcówką do ust! Wydaje się, że złowrogi Obcy nie mógł trafić na bardziej niekompetentną grupę Ziemian. Niestety, w dramatycznym finale okaże się, że poziomem inteligencji tytułowe "Coś" dorównuje swoim przeciwnikom.

Konstrukcja "The Thing" spełnia wszystkie wymogi atrakcyjnej hollywoodzkiej produkcji. Historia, ożywiona błyskotliwymi zabiegami znajdującego się w życiowej formie Johna Carpentera, dla całego pokolenia widzów ma niezaprzeczalny aspekt sentymentalny, dlatego na próżno wytykać w niej absurdalne niedociągnięcia. Pozostaje niezwykły klimat osiągnięty przy pomocy prostych środków. Film dedykowany miłośnikom macek.