czwartek, 30 września 2010

Inconscientes (2004)


Hiszpania, rok 1913. Stołeczne Koło Przyjaciół Psychiatrii ze zniecierpliwieniem oczekuje wizyty kontrowersyjnego Wiedeńczyka, doktora Zygmunta Freuda. Tuż przed jego przyjazdem w zagadkowych okolicznościach znika jeden z największych madryckich zwolenników teorii psychoanalizy, dr Leon Pardo (Àlex Brendemühl). Zaniepokojona małżonka lekarza, Alma (Leonor Watling), rozpoczyna poszukiwania na własną rękę. Prosi o pomoc męża siostry, Salvadora (Luis Tosar), który zdecydowanie odrzuca poglądy Freuda, a wszelkie ludzkie emocje uważa jedynie za wynik zaburzeń hormonalnych. Mimo różnicy charakterów nieprzejednany konserwatysta i wyzwolona dama wpadają już wkrótce na trop afery, w którą zamieszany był dr Pardo. Z każdym nowym faktem intryga staje się coraz bardziej zawikłana, a tajemnica wydaje się sięgać aż królewskiej rodziny.

Chyba nikt nie potrafi opowiadać o rewolucji obyczajowej tak barwnie i pomysłowo jak Hiszpanie, a "Nieświadomi" są tego najlepszym dowodem. Niezwykłość filmu Joaquína Oristrella tkwi nie tylko w błyskotliwym scenariuszu i pełnej fantazji realizacji. Reżyser finezyjnie czerpie z czarnej komedii, romansu czy wreszcie klasycznego kryminału, kluczem do sukcesu tak wybuchowej mieszanki czyniąc konsekwentną konstrukcję całej narracji. Opowieść osadzona na początku dwudziestego wieku odmalowuje na ekranie wyśniony koloryt epoki: niepowtarzalne stroje, wnętrza, dżentelmeński kodeks honorowy i przykazania etykiety ówczesnej inteligencji. Obraz który wyidealizowany, wręcz nierzeczywisty, staje się od pierwszej chwili atrakcyjny i pociągający. To subtelne odrealnienie korzysta z sentymentów zbiorowej wyobraźni odbiorców - Alma zachwyca się Modiglianim, przywołuje Oscara Wilde'a czy Conan Doyle'a. Wykreowany w "Nieświadomych" dowcipny dystans pozwala w historii Almy oraz Salvadora dostrzec coś więcej niż udaną farsę. Oristrell podobnie jak Almodóvar odbija w krzywym zwierciadle rozterki współczesnej mentalności. Jego bohaterowie, choć częściowo bezlitośnie przerysowani, zyskują sympatię widza. Od pewnego momentu stają się bowiem bezbronni wobec targających nimi namiętności, przez to bardziej zabawni, a jednocześnie bliżsi rzeczywistości. Zabieg, który już od czasów Antyku pozwala lekkości komedii rywalizować z ciężarem dramatu.

W dynamicznym duecie stworzonym przez Leonor Watling i Luisa Tosara aż kotłuje się od skrywanych uczuć i tłumionych fascynacji. Salvador chcąc nie chcąc, będzie zmuszony do konfrontacji ze światem podświadomości, rozczulająco rozdarty pomiędzy męskim uporem, honorem i ambicją, a całkowitym onieśmieleniem olśniewającą postacią Almy. Leonor Watling przebojem zdobywa każdy kadr filmu udowadniając, że jako aktorka ma do zaoferowania znacznie więcej niż piękny biust oraz mdłe umizgi (The Oxford Murders). Bezbłędnie sprawdzają się bohaterowie drugoplanowi - sfrustrowana, nieco histeryczna żona Salvadora, Olivia (Núria Prims), jej ojciec, ekscentryczny doktor Mira (Juanjo Puigcorbé), uzależniona od alkoholu pomoc domowa po przejściach (Mercedes Sampietro)... Każda postać wnosi do żywiołowej akcji temperament i humor, co zestawione z rozpędzoną intrygą nadaje "Nieświadomym" wyjątkową komediową dramaturgię. Rzecz jasna dzieło nie byłoby kompletne bez eleganckiej muzyki Sergio Moure'a oraz świetnych zdjęć Jaume Peracauli.

Od jakiegoś czasu twórcy, którzy podejmują się mariażu romansu z erotyką łatwo popadają w wulgarną rubaszność (The Ugly Truth) lub gubią gdzieś po drodze cały wdzięk (Prime). Oristrellowi udało się zachować równowagę między tym co pociągające, a tym co śmieszne. Pożądanie rozgrywa w niedopowiedzeniach, intryguje bez przekraczania granicy dobrego smaku. Może to dzięki temu "Nieświadomych" docenia się z każdym kolejnym seansem coraz bardziej. Kino nadal potrafi być sztuką.

wtorek, 14 września 2010

Kadr tygodnia: The Apartment (1960)

Fran Kubelik: I'd like to spell it out for you... only I can't spell!

niedziela, 12 września 2010

The Thomas Crown Affair (1968, 1999)


Thomas Crown - businessman, playboy, esteta, amator ekstremalnych sportów. Człowiek, który dodaje emocji niedzielnej partii golfa, pod byle pretekstem zakładając się o tysiące dolarów. Mężczyzna, którego urokowi nie oprze się żadna kobieta. Bohater, który może mieć wszystko, o czymkolwiek zamarzy. A Thomasowi Crownowi (Steve McQueen) marzy się napad doskonały.
Wcielenie w życie planu obrabowania banku przebiega zaskakująco łatwo. Obeznany z tajnikami świata finansów bohater nie ma również problemów z odpowiednim ulokowaniem uzyskanego kapitału. Wymiar sprawiedliwości okazuje się całkowicie bezradny wobec perfekcyjnego skoku. Towarzystwo ubezpieczeniowe, pragnąc zbadać dokładniej okoliczności napadu, wysyła na miejsce swojego detektywa. Jest nim Vicky Anderson (Faye Dunaway). Atrakcyjna, niezależna i nieprzeciętnie inteligenta kobieta zaczyna wkrótce podejrzewać Crowna. Zrobi wszystko, by dostarczy obciążające go dowody.

"Sprawa Thomasa Crowna" w reżyserii Normana Jewisona to przedziwna kryminalna ballada powstała na styku melodramatu i kina rozrywkowego. Dzieło skrajnie manieryczne, niepozbawione swoistego uroku produkcji o zaprzepaszczonym potencjale. Bo czy nie jest dla widza co najmniej intrygującym wyzwaniem zmierzyć się z jedną z najbardziej grafomańskich scen erotycznych w historii kina, tudzież przetrwać ekscentryczną rewię kapeluszy, jaką prezentuje na ekranie Faye Dunaway? Niestety, niedostatki filmu sięgają znacznie głębiej.

Scenariusz autorstwa Alana Trustmana pełen jest haniebnych luk i nieścisłości, co doprawdy trudno wybaczyć historii kryminalnej. Krytyczne dla fabuły zwroty akcji zaprezentowane są mało klarownie, pobieżnie lub wcale. Wystarczy choćby przywołać scenę, w której ambitna Vicki po raz pierwszy wpada na trop Crowna. Zamiast błyskotliwej dedukcji widzimy, jak bohaterka kieruje się niezawodną kobiecą intuicją i trudno oprzeć się tym momencie wrażeniu, że umiejętności zawodowe zdecydowanie bardziej kwalifikują ją na stanowisko wróżki niż detektywa ubezpieczeniowego. Reżyser stara się odwrócić uwagę od dziur w narracji, w sekwencjach sensacyjnych dzieląc ekran na kilkanaście niezależnych obrazów. Zabieg mający zdynamizować opowieść i zaangażować widza przyniósł efekt całkowicie odwrotny, zresztą nie zagościł na trwałe w hollywoodzkich produkcjach.
Jednak tym, co w "Sprawie Thomasa Crowna" razi najbardziej, jest fatalnie poprowadzony wątek romansu między dwojgiem głównych bohaterów. Przy charyzmatycznym i intrygującym Crownie postać Vicki Anderson wypada blado, a miejscami wręcz karykaturalnie. Mimo widocznych wysiłków Faye Dunaway nie udaje się nadrobić braków scenariusza. Uroda aktorki ginie pod tonami makijażu i idiotycznymi fryzurami. Trudno uwierzyć, żeby obdarzony nienagannym gustem playboy dał się uwieść krzykliwym tipsom oraz doklejanym rzęsom. Również pod względem intelektualnym Vicki nie wydaje się godnym Crowna przeciwnikiem. Wszystko to sprawia, że ich wzajemna fascynacja ukazana na ekranie pozbawiona jest jakichkolwiek zrozumiałych dla widza przesłanek.

Na szczęście jest jeszcze Steve McQueen. Jego rola w wielkim stylu ratuje przedsięwzięcie Jewisona. W interpretacji genialnego aktora Thomas Crown staje się bohaterem niezwykłym. To napiętnowany romantycznym Weltschmerzem nietscheański nadczłowiek i wieczny chłopiec o nonszalancji kowboja w jednej osobie. Zaplanowany przez niego napad na bank nie okazuje się kolejną rozrywką zblazowanego milionera. Crown odczuwa głęboką potrzebę walki z systemem, intryguje go wyzwanie na granicy autodestrukcji. McQueen bez problemu nadaje wiarygodności portretowi psychologicznemu, który przecież z punktu widzenia kina akcji należałoby uznać za co najmniej ryzykowny. Nagrodzona Oscarem piosenka "The Windmills Of Your Mind" znakomicie komponuje się z bezcenną nostalgiczną nutą, która za sprawą tytułowego bohatera wkrada się w fabułę.

Thomas Crown powrócił na ekran trzydzieści lat później pod postacią Pierce'a Brosnana. Tym razem zamożny businessman postanawia ukraść obraz Moneta, a ścigającą go agentką ubezpieczeniową jest Catherine Banning (Rene Russo). Pośród twórców remake'u odnajdziemy prawdziwą sztafetę artystów oraz solidnych rzemieślników kina rozrywkowego. Batutę reżysera powierzono Johnowi McTiernanowi, nad scenariuszem pracowali Leslie Dixon oraz Kurt Wimmer. Wydaje się, że dzięki ich wspólnym wysiłkom w nowej wersji przygód playboya-złodzieja udało się uniknąć większości błędów poprzednika.

Akcję przeniesiono do czasów współczesnych, uzupełniono niedostatki narracji oraz znacznie rozbudowano główną rolę kobiecą. Jak na mistrza kina akcji przystało, McTiernan należycie wyeksponował wątki sensacyjne - tu wielkie brawa należą się przede wszystkim za brawurową finałową sekwencję w muzeum. Co ciekawe, nie udało się uniknąć dość żenującej aranżacji scen erotycznych, która w epoce po "Nagim Instynkcie" nie powinna mieć miejsca. "Sprawa Thomasa Crowna" stała się przyjemnym romansem sensacyjnym. Ulotnił się gdzieś filozoficzny ciężar oryginału, tytułowy bohater pozbawiony został wszelkiego spleenu i choć odwiedza psychoanalityka (w tej roli Faye Dunaway), to robi to ewidentnie z pobudek czysto rozrywkowych. Thomas Crown działa na zasadzie Deus ex machina, przez co usuwa się nieco w cień i otwiera pole dla popisu Catherine Banning. Rene Russo z powodzeniem bierze na siebie ciężar narracji. Jej postać - nota bene koszmar każdej feministki - klasycznie prowadzi nas przez wszelkie zawiłości fabuły. Niestety romansowi bohaterów po raz kolejny zabrakło kilku oryginalnych rozwiązań, o które ten wątek aż się prosi. Zamiast nich dostajemy zestaw tendencyjnie melodramatycznych zabiegów, z zapłakaną panią detektyw moknącą w ulewnym deszczu na środku ulicy na czele.

Zrealizowany pod koniec XX wieku remake we frapujący sposób uwypuklił zarówno wszystkie wady, jak i zalety słynnego poprzednika. Dziś zestawienie obu tych filmów pozwala dostrzec pewną jakość, którą zatraciły współczesne produkcje wysokobudżetowe. Jakość, o której przywrócenie do kina głównego nurtu małymi kroczkami walczy między innymi Christopher Nolan. To umiejętność przemycenia przekazu pozostawiającego widzowi materiał do przemyśleń jeszcze na długo po napisach końcowych.

poniedziałek, 6 września 2010

Kadr tygodnia: The Philadelphia Story (1940)

Connor:
Somewhere over the rainbow
Way up high,
There's a land that I heard of
Once in a lullaby.

czwartek, 2 września 2010

Gambit (1966)


Jeśli okradać milionera, to tylko z brytyjskim czarem i wdziękiem. Harry Tristan Dean (Michael Caine) opracowuje szczegółowy plan zdobycia bezcennego popiersia chińskiej cesarzowej, będącego ozdobą prywatnej kolekcji Ahmada Shahbandara (Herbert Lom). Dean chce wykorzystać jedyny czuły punkt ekscentrycznego bogacza - miłość do zmarłej przed laty żony. Sprytny oszust zawiera umowę z tancerką Nicole (Shirley MacLaine). Podając się za parę z wyższych sfer, Nicole i Dean wynajmują apartament w hotelu milionera. Odpowiednio ucharakteryzowana dziewczyna do złudzenia przypomina dawną panią Shahbandar, dzięki czemu bohaterowie otrzymują zaproszenie na kolację w towarzystwie zaintrygowanego właściciela popiersia.

"Gambit" podbija serce widza wszystkimi środkami, jakimi tylko dysponować może komedia kryminalna. Nie wypada wprost zdradzać dowcipnego zabiegu narracyjnego, na którym oparta jest cała historia, jednak bez wątpienia uczynił on film Ronalda Neame'a jednym z najbardziej błyskotliwych przedstawicieli gatunku. Scenariusz utrzymany jest w duchu niezapomnianych kryminałów Agaty Christie, żeby wymienić tu "Zabójstwo Rogera Acroyda" czy "Dziesięciu Murzynków". Podobnie jak u brytyjskiej mistrzyni, fabuła zaowocuje zwrotami akcji, które zdynamizują opowieść, nadając jej dziś rzadko już spotykanego eleganckiego kolorytu. Zawarte w "Gambicie" pomysły zainspirowały z pewnością twórców zrealizowanego trzydzieści lat później "Entrapment". Słynna sekwencja, w której Catherine Zeta-Jones dzięki akrobatycznym zdolnościom pokonuje pułapkę laserowych wiązek, ma swój pierwowzór w ekranowych poczynaniach tancerki Nicole.

Konstrukcja "Gambitu" opiera się na pomysłowej zabawie z konwencją kryminału. Akcja co chwila wykracza poza przejrzysty dla widza fabularny schemat, a rewelacyjne kreacje aktorskie stają się niewyczerpanym źródłem komizmu. Postać Michaela Caine'a to zaskakująca mieszanka dżentelmena i cwaniaka. Herbert Lom potrafi nadać milionerowi Shahbandarowi odpowiednią klasę oraz szyk, co stanowi przyjemny kontrast względem szalonych występów aktora w cyklu "Różowej pantery". Wreszcie olśniewająca Shirley MacLaine momentami brawurowo kradnie widowisko obu ekranowym partnerom. Rozszczebiotana i rezolutna Nicole dowcipnie kontrastuje z opanowanym Deanem, przy czym MacLaine z sobie tylko właściwym urokiem zabarwia tę rolę dozą subtelnego seksapilu.

Dzieło Ronald Neame'a urzeka po latach powabem nieco zapomnianego klasyka. "Gambit" posiada ten sam unikalny glamour, który Woody Allen przywołał w "Drobnych cwaniaczkach czy "Scoop". Miło przywołać Hollywood, które z gracją żongluje swoimi największymi rozrywkowymi atutami.