niedziela, 28 marca 2010

High School Musical Trilogy (2006-2008)

Znienawidzona przez jednych, wychwalana pod niebiosa przez drugich trylogia "High School Musical" stała się prawdziwym kulturowym fenomenem. Nie wiedzieć jak i kiedy wizerunki uśmiechniętych bohaterów filmu zawędrowały na koszulki, zeszyty i piórniki milionów dzieci na całym świecie. Gdzie leżą przyczyny sukcesu kolorowej opowieści z życia amerykańskich nastolatków? Pytanie, które kusi i zachęca do osobistej konfrontacji.

Prosty schemat nie wystarcza. Co roku setki filmów realizują prosty schemat, a nie udaje im się przebić przez obfitą ofertę młodzieżowej rozrywki. Sekret pierwszej części "High School Musical" polega na dodaniu do gotowego przepisu szczypty Disney'owskiej magii. Reżyserowi Kenny'emu Ortega oraz scenarzyście Peterowi Barsocchini zajmuje to dokładnie dwie i pół minuty.


W bliżej nieokreślonym ośrodku narciarskim poznajemy uroczego nastoletniego mola książkowego, Gabrielę (Vanessa Anne Hudgens) oraz jej rówieśnika, zapalonego koszykarza Troy'a (Zac Efron). Po raz pierwszy spotykają się podczas sylwestrowej imprezy młodzieżowej, gdy wybrani losowo spośród tłumu mają zaśpiewać duet karaoke. Choć jak się później okaże Gabriela ma za sobą tylko skromne doświadczenie w kościelnym chórze, Troy natomiast ograniczał się dotychczas do nucenia pod prysznicem, udaje im się brawurowo wykonać przebojowe "Start of something new". Do akcji wkracza Disney'owska magia. Między bohaterami rodzi się nić sympatii, ale przed wyjazdem udaje im się jedynie wymienić numerami telefonów. Rzecz jasna przypadek doprowadzi do ich ponownego spotkania - Gabriela okazuje się nową uczennicą liceum East High w Albequerque, którego Troy jest najjaśniejszą gwiazdą jako kapitan drużyny koszykówki Wildcats. Młodzi trafiają do tej samej klasy, a wakacyjna przygoda na scenie mobilizuje ich do wzięcia udziału w castingu do szkolnego musicalu. Życie nastolatka jednakowoż do łatwych nie należy i żeby móc zaśpiewać bohaterom przyjdzie przełamać intrygi szkolnej baleriny Sharpay (Ashley Tisdale) oraz zwalczyć licealne waśnie między sportowcami a kujonami.

Ortega doskonale zdaje sobie sprawę z możliwości, a zarazem ograniczeń szklanego ekranu. Z powodzeniem w krótkim czasie wprowadza kolorową galerię charakterystycznych, wyraźnie zarysowanych postaci. Jest z lekka nawiedzona opiekunka kółka teatralnego pani Darbus (Alyson Reed), surowy, acz sprawiedliwy ojciec Troy'a, a zarazem trener drużyny Jack Bolton (Bart Johnson), nierozstający się z piłką do kosza afroamerykański kumpel bohatera Chad (Corbin Bleu), sekretnie rozmiłowany w pieczeniu tortów oraz deserów Zeke (Chris Warren). Chwytliwe, dobrze zaaranżowane piosenki sprawnie posuwają akcję do przodu. Wystarczy zobaczyć choreografię do stołówkowej "Stick to the Status Quo" żeby zrozumieć, jak daleko w tyle pozostaje rodzima kinematografia mogąca poszczycić się co najwyżej podrygami Mateusza Damięckiego w "Kochaj i tańcz". Jednocześnie wszystkie wątki filmu poprowadzone są z poczuciem dobrego smaku. O dziwo nie razi nawet jaskrawy humorystyczny duet Sharpay i jej brata Ryana (Lucas Graabel). Infantylna niewinność fabuły pozostaje radośnie konsekwentna. Próżno czekać umoralniających dłużyzn. Skierowane do młodego widza przesłanie o sukcesie, u którego podstaw leży zespołowe działanie, wzajemny szacunek i honorowa rywalizacja zamknięte jest w atrakcyjnej konwencji. Owa prostota właśnie zapewniła "High School Musical" tak ogromne międzynarodowe powodzenie, gdy wydawać by się mogło, że określone w filmie realia oraz konflikty są stricte amerykańskie.



Drugą część trylogii otwiera nadejście długo wyczekiwanych przez wszystkich wakacji. Priorytetem młodych bohaterów jest znalezienie wakacyjnej pracy. Znana z makiawelicznych planów Sharpay planuje uwieść Troy'a, oferując mu zatrudnienie w klubie wypoczynkowym prowadzonym przez jej rodziców. Nie spodziewający się podstępu chłopak przyjmuje propozycję, upewniając się jednak, że wraz z nim do pracy trafi tuzin kolegów ze szkolnej ławy. Mimo wstępnych niepowodzeń Sharpay faworyzując Troy'a doprowadza do rozłamu w grupie uczniów East High. Czy bohater dokona właściwego wyboru, postawiony między wymarzonym stypendium a wiernością ideałom przyjaźni?

Choć odpowiedź jest dla każdego widza oczywista, "High School 2" należą się duże brawa. Udało się zachować wysoki poziom realizacji sekwencji muzycznych, w repertuarze znalazło się obowiązkowo kilka przebojów. Przede wszystkim jednak odważnie rozwinięto postaci Sharpay i Ryana. Miejscami z powodzeniem kradną show dwójce głównych bohaterów. Wprawdzie nie stoi za tym żadne wielkie aktorstwo, ale jest w umizgach Ashley Tisdale coś sympatycznego, a Lucas Grabeel nieoczekiwanie ożywia i wzbogaca swojego bohatera. Można również zauważyć, że zgodnie z regułami młodzieżowej sagi chłopcy zmężnieli, a dziewczęta zyskały na kobiecości. Pastelową kolorystykę bluz z kapturem zastąpiły wyraziste barwy i zwiewne sukienki. Ogólnie rzecz biorąc, zmiana miejsca akcji i zgrabne przesunięcie fabularnego środka ciężkości pozwoliły uniknąć banalnego powtórzenia schematu poprzedniej części. Przesłanie o produktywnym duchu współpracy kolektywu pod wodzą wybitnych jednostek ocalało niewzruszone.


"High School Musical 3: Senior Year" w związku z popularnością serii trafiło już nie do Disney Channel, ale na afisze kin całego świata. "Dzikie Koty" z liceum East High doczekały się wersji szerokoekranowej. Akcja zaczyna się w momencie, w którym zmotywowana przez trenera drużyna koszykówki wychodzi z kryzysu i wygrywa finałowy mecz międzyszkolnych rozgrywek. Bohaterowie stoją na progu ważnej decyzji o wyborze college'u, przed nimi bal na zakończenie liceum oraz rozdanie świadectw. Niezmordowana pani Darbus namawia ich do ostatniego wspólnego występu na scenie. Musical ma opowiadać o nich samych, ambitnej młodzieży u progu dorosłości. Wiadomo, że na przedstawieniu będą obecni łowcy talentów z prestiżowej akademii artystycznej Julliard School. O stypendium ubiegają się Sharpay, Ryan, kompozytorka Kelsi (Olesya Rulin) oraz Troy. Główny bohater trylogii po raz kolejny zostaje postawiony przed życiowym dylematem. Zwłaszcza, że jego ukochana Gabriela zostaje przyjęta do prestiżowego collegu w Stanford, oddalonego od przyszłej Alma Mater Troy'a o całe dwa tysiące kilometrów.

Od pierwszych scen widać, że za "High School Musical 3" stoi znacznie większy budżet. Ortega może pozwolić sobie na swobodne jazdy kamery, częste zmiany plenerów czy nawet efekty komputerowe. Filmowe piosenki przybierają formę teledysków, co niestety pociąga za sobą przytłaczający przerost formy nad treścią. Rozpląsane rytmy nie potrafią zrekompensować braku dramaturgii oraz całkowitego zaniedbania rozwoju bohaterów. Choć zalążek fabuły daje nadzieje na inteligentne rozwikłanie najciekawszych wątków drugoplanowych, widz doczeka się tylko porcji ładnie opakowanych banałów. Wszyscy łącznie ze scenarzystą wydają się zmęczeni wizją licealnej idylli, zapewne bezlitosne prawa koniunktury nie pozwoliły im stworzyć ciekawszej alternatywy. To ciekawe, jak łatwo utracić kontrolę nad komercyjnym kiczem, nawet tym powołanym do życia w dobrej sprawie.


Z pewnością za dużą częścią sukcesu "High School Musical" stoi olbrzymia machina promocyjna. Na parę lat kino zyskało nowych "władców wyobraźni", tylko nielicznym z nich dane będzie zostać wartościowymi aktorami. Dzieci wyrosną z koszulek, stare zeszyty wylądują gdzieś w pawlaczu. Trudno powiedzieć, czy historia licealistów z East High stanie się obowiązkowym przystankiem dziecięcej edukacji filmowej, gdzieś pomiędzy "Kubusiem i hefalumpami" a "Zmierzchem". Z pewnością dwie pierwsze części trylogii pozostaną przykładem telewizyjnej produkcji na najwyższym poziomie, podręcznikową realizacją ukochanego przez widzów na całym świecie gatunku filmowego musicalu.

sobota, 27 marca 2010

Master of the Flying Guillotine (1975)


Rok 1730. Cesarz dynastii Qing, Young Cheng rekrutuje mistrzów kung-fu, którym zleca tropienie oraz unieszkodliwienie zwolenników upadłej dynastii Ming. Najznamienitszym z najętych jest Fung Sheng Wu Chi (Kang Chin), ślepy starzec żyjący w odosobnieniu pośród górskich szczytów. Gdy pewnego dnia eremita dowiaduje się o śmierci swych dwóch protegowanych, Chow Lunga oraz Chow Fu, postanawia odnaleźć ich zabójcę, słynnego Jednorękiego Boksera (Yu Wang). Pod tym pseudonimem ukrywa się mistrz Liu Ti Lung, który wraz z bratem prowadzi szkołę kung-fu. Uczniom wpaja podstawowe cnoty wojownika tej szlachetnej sztuki walki: odwagę oraz mądrość. Pobliska Szkoła Orlich Szponów organizuje wielki turniej, a Liu Ti Lung postanawia udać się nań wraz z żądnymi wrażeń wychowankami. Pokojowy acz krwawy przebieg turniejowej rywalizacji zakłóci pojawienie się Fung Sheng Wu Chi uzbrojonego w śmiercionośną latającą gilotynę, szukającego zemsty na Jednorękim Bokserze.


"Master of the Flying Guillotine" to klasyka kina sztuk walki. Reżyser, a zarazem odtwórca roli szlachetnego Liu Ti Lunga, legendarny Jimmy Wang Yu, doskonale wykorzystał i uatrakcyjnił prostą formułę pojedynku mistrzów kung-fu. Zwięzła ekspozycja daje przedsmak czekających widza atrakcji, po czym wątek turnieju pozwala wprowadzić charyzmatyczne postaci drugoplanowe i rozpocząć serię spektakularnych starć. Oszczędny, acz przemyślany montaż w połączeniu z pomysłową choreografią sprawiają, że walki ogląda się z niesłabnącym zainteresowaniem. Przeciwnicy nie muszą posiadać nadludzkich umiejętności, ganiać się po wierzchołkach drzew czy spróchniałych dzwonnicach. Liczą się natomiast umiejętności oraz przebiegłe wykorzystanie słabości oponenta. Niestety podobnego podejścia ze świecą już szukać we współczesnych produkcjach, może poza kilkoma chwalebnymi wyjątkami jak chociażby znakomita duńsko-turecka koprodukcja "Fighter" w reżyserii Natashy Arthy.
W rękach Yu Wanga schematyczna fabuła błyskawicznie nabiera rumieńców, a jej najciekawszym elementem staje się bez wątpienia postać tytułowego Mistrza Latającej Gilotyny. Chińskiemu reżyserowi udało się stworzyć enigmatycznego, budzącego autentyczną grozę bohatera. Fung Sheng Wu Chi to wcielenie bezlitosnej zemsty. Zbierający krwawe żniwo starzec wydaje się niepokonany i nawet Jednoręki Bokser nie odważa się stanąć z nim do walki, zanim nie obmyśli sprytnego fortelu. Finałowa scena pojedynku słusznie zaliczana jest do ścisłego kanonu potyczek kung-fu. To dziesięć minut idealnie rozplanowanej dramaturgii, błyskotliwe zwieńczenie olśniewającej całości.
Seans "Master of the Flying Guillotine" dostarcza niesłychanej rozrywki. Cytowany rzecz jasna przez Quentina Tarantino w hochsztaplerskim "Kill Billu" klasyk zasługuje na to, by znaleźć się w spisie pozycji obowiązkowych każdego kinomana.

sobota, 20 marca 2010

Agora (2010)


Doprawdy trudno powiedzieć, od jak dawna komercyjne kino nie zaoferowało widzom inteligentnego filmu historycznego. "Gladiator" Ridley'a Scotta otworzył erę efektownych widowisk, warstwą fabularną nie wykraczając jednak poza "Upadek Cesarstwa Rzymskiego" Anthony'ego Manna z 1964 roku. Instytucja scenariusza znacznie podupadła i na ekranach zagościły produkcje typu "Króla Artura". Na szczęście w roku 2005 HBO wyemitowało znakomity serial "Rzym", a w dwa lata później Showtime podjął rękawicę, realizując telewizyjną sagę o dynastii Tudorów. Pozostawało czekać na reakcję kina. Nieoczekiwanie nadeszła ona ze strony Alejandro Amenábara, uhonorowanego Oscarem hiszpańskiego reżysera.


Jego "Agora" opowiada historię greckiej uczonej Hypatii (Rachel Weisz), która zasłynęła jako znakomity matematyk oraz astronom. Rozmiłowana w filozofii bohaterka wiedzie spokojny żywot naukowca, zgłębiając tajemnice przyrody razem ze swym ojcem Theonem (Michael Lonsdale). Całkowicie poświęcona pracy odrzuca zaloty jednego ze swych uczniów, Orestesa (Oscar Isaac). Akcja rozpoczyna się w roku 391, jedenaście lat po wydaniu przez Teodozjusza I edyktu ustanawiającego chrześcijaństwo oficjalną religią Rzymskiego Imperium. Ulice Aleksandrii zapełniają uliczni kaznodzieje. Dokonując jarmarcznych cudów umiejętnie manipulują tłumem. Wzbudzają również agresję przeciw starym bogom i reprezentującym ich patrycjuszom. Gdy tłuszcza bezcześci zdobiące agorę posągi, akademicy decydują się na zbrojną interwencję. Dochodzi do zamieszek, jednak wskutek przewagi liczebnej zaskoczeni uczeni zmuszeni są zabarykadować się w gmachu biblioteki. Choć cesarz wspaniałomyślnie przebaczy pogańskim buntownikom, skarbnica starożytnej wiedzy zostanie splądrowana. Hypatia wraz z pozostałymi przedstawicielami arystokracji staje się świadkiem krwawych narodzin nowej epoki. Między przedstawicielami cesarza oraz Kościoła rozpocznie się bezwzględna walka o władzę.


Alejandro Amenábar wraz z Mateo Gilem umiejętnie rozkładają ciężar fabuły między trójkę głównych bohaterów. Orestes odsłania przed widzem arkana rozgrywek politycznych. Postać Davusa (Max Minghella), niewolnika z domu Theona pozwala rozbudować wątek dojścia chrześcijan do władzy. Davus nawraca się, wstępując do stowarzyszenia Parabolan opiekujących się chorymi oraz potrzebującymi. Jego oczami dane nam będzie obserwować frenetyczny szał tłumu podczas niszczenia biblioteki. Bestialska rzeź zamieszkujących miasto Żydów wzbudzi w bohaterze szereg wątpliwości natury moralnej, które szybko rozwieje zgrabna retoryka charyzmatycznego brata Teofila (Manuel Cauchi).
Orestes oraz Davus zakochani są w Hepatii. Wątki obu bohaterów skonstruowane są wokół jej postaci, która staje się tym samym centralną osobą dramatu. Bezbronność bohaterki wobec rozgrywających się w mieście wydarzeń jest nie tylko bezbronnością kobiety w świecie rządzonym całkowicie przez mężczyzn. Jest też bezbronnością humanizmu, nauki wobec populizmu oraz religijnego fanatyzmu. W obliczu upadku cywilizacji postawa Hepatii jest prawdziwie heroiczna. Jako jedyna stara się ocalić choć garść bezcennych zwojów z ukochanej biblioteki. Po przejęciu władzy przez chrześcijan kontynuuje nauczanie oraz swoje badania nad ruchem ciał niebieskich. Nie zgadza się na chrzest, który większość arystokracji przyjmuje z powodów czysto pragmatycznych. Wprawdzie reżyser korzysta z przysługującej mu licentia poetica i przypisuje bohaterce genialne odkrycie elipsoidalnej orbity ruchu planet, ale jest to zabieg uzasadniony dramaturgicznie, wprowadzony z dużym wyczuciem. Geniusz starożytnej uczonej przestaje być jakąkolwiek wartością w czasach gwałtownych przemian społecznych. Rodząca się cywilizacja nie ma jeszcze potrzeby gromadzenia realnej wiedzy, wystarczą jej chwytliwe hasła oraz sofizmaty. To zestawienie ryzykownych kontrastów ani przez chwilę nie trąca banałem czy tendencyjną martyrologią dzięki roli Rachel Weisz. Aktorka jak zwykle gra z wielką wrażliwością, stwarzając wiarygodny i przejmujący portret. Jej ekranowi partnerzy, Max Minghella oraz Oscar Isaac zasługują na słowa uznania. Mimo niewielkiego jeszcze doświadczenia nie oddają pola laureatce Oscara i pozostaje mieć nadzieję na ich kolejne, równie udane występy.

Hiszpański reżyser zaskakująco dobrze poradził sobie z formułą historycznego fresku. Bogaty, a jednocześnie przejrzyście skonstruowany scenariusz pozwolił złagodzić pełne przepychu panoramy i detale. Nie brak w "Agorze" sekwencji drastycznych, scenom walk nie sposób odmówić intensywności, a zawarte w nich elementy okrucieństwa robią wrażenie nawet na przyzwyczajonym do tego rodzaju widowisk widzu. Pojawiło się jednak kilka błędów. Momentami podkład muzyczny staje się zbyt nachalny, osłabiając efekt całości. Kilka pomysłów daje wrażenie chybionej lub zbyt oczywistej metafory, jak na przykład pojawiające się kilkakrotnie ujęcia z kosmosu. Na szczęście tak drobne mankamenty nie mogą zaburzyć ogólnego podziwu dla wyjątkowego kunsztu Amenábara.
"Agora" z pewnością jest obrazem kontrowersyjnym. Część widzów nie dostrzeże sensu w portretowaniu niechlubnych epizodów z historii chrześcijaństwa, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy głównym hasłem Kościoła jest dialog ekumeniczny i optymistyczne patrzenie w przyszłóść ponad podziałami. Ale "Agora" nie jest złośliwym atakiem. W filmie pokazane są mechanizmy władzy, manipulacji stojących u podstaw przemian dziejowych. Obraz, którego próżno szukać w szkolnych podręcznikach. Portretując "ludzkie oblicze Kościoła" Amenábar tworzy prawdziwe dzieło ku rozwadze i przestrodze.

poniedziałek, 15 marca 2010

Woman Of The Year (1942)


Sam Craig jest redaktorem kolumny sportowej. Tess Harding w tej samej gazecie prowadzi rubrykę polityczną. Jako zaciekła feministka i społeczna aktywistka z zaangażowaniem śledzi losy wojny, nawołując do pokoju. Tych dwoje prawdopodobnie nigdy by na siebie nie wpadło, gdyby pewnego dnia Tess w audycji radiowej nie wyraziła przekonania, że baseball jest tylko stratą czasu. Sam w odpowiedzi natychmiast napisał zjadliwą filipikę i odtąd rozgorzała na łamach ich kolumn zacięta wymiana zdań. Po spotkaniu w biurze redaktora naczelnego, który zakazał im kłótni źle wpływającej na wizerunek gazety, on przekornie zaprasza ją na mecz baseballa. Niezrozumiała dla nikogo prócz Amerykanów Magia tej dyscypliny sportu sprawia, że bohaterowie nie tylko zaprzestają waśni, ale zakochują się w sobie do szaleństwa. I może dowcipnie opowiedziana historia miłości wbrew towarzyskim konwenansom i różnicom charakterów nie przykuwałaby dziś uwagi kinomanów, gdyby w role Tess i Sama nie wcielili się Katharine Hepburn oraz Spencer Tracy.


W sumie wystąpili razem w dziewięciu filmach, stając się jednym z najsłynniejszych hollywoodzkich duetów. "Woman of the year" to ich pierwsze spotkanie na planie. Za kamerą stanął uznany reżyser oraz operator George Stevens. Jako autor zdjęć do ponad sześćdziesięciu hollywoodzkich produkcji Stevens perfekcyjnie opanował tajniki filmowego rzemiosła. W jednym ujęciu potrafi rozkochać widza w obłędnie zgrabnych nogach tytułowej bohaterki, grą światła i cienia stworzyć intymną scenerię, sprawnym montażem podkreślić sytuacyjny komizm finałowych sekwencji. Ale przede wszystkim udaje mu się zapanować nad żywiołem, jaki jest Katharine Hepburn. Jej Tess Harding to prawdziwy wulkan energii. Niezależna, pewna siebie, zdecydowana, a jednocześnie uwodzicielska, momentami rozbrajająco kobieca. Mimo komediowej konwencji nie ma w tej postaci nic przerysowanego. W uhonorowanym Oscarem scenariuszu autorstwa Ringa Lardnera Jr. oraz Michaela Kanina gagi i dowcipnie zaaranżowane sytuacje pozostawiają miejsce na realistyczne portrety obojga bohaterów. I choć to Katharine Hepburn doczekała się zaszczytnej nominacji, Spencer Tracy w swej roli nawet na chwilę jej nie ustępuje. Jeśli ktoś uważa, że pojęcie ideału mężczyzny uległo w przeciągu ostatnich siedemdziesięciu lat radykalnej zmianie, powinien sięgnąć po "Woman of the year". Sam Craig skupia w sobie wszystkie cechy stuprocentowego faceta. Charyzma aktora sprawia, że jednym spojrzeniem wyraża niejednokrotnie więcej niż można by zawrzeć w najbardziej nawet błyskotliwym monologu. Ani na moment nie przestajemy wierzyć w fascynację, która rodzi się w wyniku przedstawionego na ekranie zderzenia osobowości. Porównywalne zjawisko można zobaczyć chyba tylko w zrealizowanym dwa lata później "To Have And Have Not", gdy narodził się duet Laureen Bacall - Humphrey Bogart.


Inteligetnie przedstawiona historia po latach nic nie traci ze swej vis comica. Uczucie łączące aktorów widoczne jest w każdym ich wspólnym kadrze, a Stevens jako doświadczony reżyser doskonale wie, jak to wykorzystać. "Woman of the year" to klasyk, który dziś z powodzeniem przypomina, czym potrafi olśnić widza komedia romantyczna.

środa, 3 marca 2010

The Ghost Writer (2010)


Wstrzymywaliśmy oddech. Jak można dokończyć film z aresztu? Kiedy "Autor widmo" ujrzy światło dzienne i co wyniknie z powrotu Polańskiego do gatunku, jakim jest thriller? Wszelkie obawy okazały się bezpodstawne. Polski reżyser w pełni zasłużył na berlińskiego Srebrnego Niedźwiedzia, a nowym filmem powraca w wielkim stylu.


"Ghost writer" to termin używany do określenia pisarza, którego wynajmuje się w celu spisania biografii tudzież wspomnień. Możliwość coraz częściej wykorzystywana przez znanych sportowców czy zabieganych mężów stanu. Akcja filmu zaczyna się w momencie, gdy ginie biograf Adama Langa (Pierce Brosnan), byłego premiera Wielkiej Brytanii. Wydawnictwu zależy na sprawnym dokończeniu zlecenia, wobec czego przejmuje je znany z szybkiego tempa pracy oraz efektywnego stylu Bohater (Ewan McGregor). Okaże się, że powstały manuskrypt powieści objęty jest ścisłą tajemnicą. Żeby z niego skorzystać Bohater musi polecieć do domu Langa gdzieś na małej wyspie w Stanach Zjednoczonych. W międzyczasie pod adresem byłego premiera padną zarzuty o wyrażenie zgody na torturowanie jeńców wojennych. Na miejscu sytuacja tylko się skomplikuje. Obok afery politycznej ujawni się romans Langa z asystentką Amelią (Kim Cattrall). Tymczasem jego żona, Ruth (Olivia Williams) rzuci nieco światła na tajemnicze okoliczności śmierci poprzedniego biografa.



Scenariusz autorstwa Roberta Harrisa to materiał na przyzwoity thriller. W rękach Polańskiego przekształca się w autentyczną perłę. Reżyser inteligentnie bawi się formą, ubarwia ją w charakterystycznym dla siebie stylu. Widowisko zyskuje tym samym dodatkowy wymiar, który angażuje odbiorcę, pozytywnie go przy tym zaskakując.
"Autor widmo" to przede wszystkim klasyczna realizacja gatunku. Nieustające napięcie, pościgi oraz dziesiątki niewiarygodnych zwrotów akcji zastąpiło umiejętne budowanie klimatu. Widz towarzyszy wędrówce Bohatera w głąb tajemnicy i razem z nim wyczuwa narastającą atmosferę zagrożenia. Pierwsze skrzypce w tym procesie grają znakomite zdjęcia, przywołujące na myśl estetykę znaną z poprzednich dzieł reżysera. Przez większą część czasu przebywamy w zamkniętych przestrzeniach, w kadrach zwracamy uwagę na detal. Muzyka autorstwa Aleksandra Desplata świetnie wspomaga rozwój akcji, na przemian puentuje, to znów intryguje, doskonale wpasowując się w konwencję narzuconą przez obraz.
Udanym zabiegiem jest wprowadzenie całej galerii charakterystycznych postaci epizodycznych. Mimo iż stanowią tylko tło dla głównego wątku, pozwalają na wprowadzenie elementu groteski, napięcia oraz czarnego humoru. James Belushi w roli lekko ekscentrycznego wydawcy czy Eli Wallach jako sceptyczny staruszek bezbłędnie spełaniją swoje zadanie. Publiczność znakomicie odczytuje i reaguje na wszystkie te drobne smaczki zgrabnie wplecione w fabułę.



Co jednak najbardziej wyróżnia "Autora widmo" to semantyczna gra, w której bierzemy udział podczas seansu. Z ust bohaterów ani razu nie pada nazwisko świeżo zatrudnionego pisarza, on sam mówi o sobie per "Ghost". Polański zostawia nam kolejne wskazówki w przewijających się w dialogach grach słownych oraz kapitalnym McGuffinie - postaci staruszka zamiatającego podjazd rezydencji Langa. Widz z pewnością zauważy nawiązania do "Lokatora". Odpowiednikiem Simone Choule z adaptacji powieści Topora jest tu Michael McAra, zmarły biograf. Niczym Trelvoskiego oplata Bohatera nić obsesji, jednak tym razem reżyser opowiada o innym, szlachetnym szaleństwie.
Polański potwierdza swoją wielką klasę. Z niezwykłym konceptem i dowcipem balansuje na granicy kina gatunków. To prawdziwe Kino Mistrzów.