piątek, 26 lutego 2010

Oscary


W związku ze zbliżającą się uroczystością rozdania Oscarów Internet nasyca się ciekawostkami i przemyśleniami na ich temat. W ciągu najbliższych dni przeczytamy zapewne jeszcze całkiem sporo, ale mi już dziś szczególnie przypadła do serca lista Michaela Musto:

Six Things I’d Love To See on The Oscars

Do postulowanych przez niego sześciu punktów dodałbym jeszcze jeden. Otóż zdecydowanie brakuje mi na oscarowej gali krótkich fragmentów filmów prezentowanych podczas czytania nominacji. Przywoływały one co świetniejsze sceny z danego dzieła, pozwalały powrócić myślami do kreacji aktorskiej. Był to piękny akt szacunku wobec wykonawców i filmowców, który wielu widzom na całym świecie oglądającym uroczystość w domu pozwalał poczuć przedsmak kinowych wrażeń, wręcz zachęcić do seansu. Rozumiem, że zrezygnowano z niego ze względu na czas trwania transmisji, ale uważam, że był to błąd, który należałoby wreszcie naprawić.
Czy w przyszłą niedzielę doczekamy się powrotu choćby części oscarowej magii? Jak doradzał Hrabia Monte Christo, pozostaje czekać i nie tracić nadziei.

niedziela, 21 lutego 2010

Invictus (2009)


Clint Eastwood staje za kamerą już po raz trzydziesty czwarty, tym razem decydując się na adaptację powieści Johna Carlina "Playing the enemy". Wielbicieli talentu reżysera zakoczyć może fakt, że "Invictus" to kino edukacyjne, sięgające po niezwykły epizod z najnowszej historii Republiki Południowej Afryki.


Rok 1994. Nelson Mandela (Morgan Freeman) na czele Afrykańskiego Kongresu Narodowego przejmuje władzę w RPA. Zostaje pierwszym czarnoskórym prezydentem tego kraju, a jego elekcja oznacza koniec polityki apartheidu. Świeżo wybrany rząd ma wiele do zrobienia. Potrzebny jest szereg reform, opanowanie zamieszek, stabilizacja gospodarcza. Jednak Mandela zdaje sobie sprawę, że przemianom politycznym towarzyszyć muszą znacznie trudniejsze do zrealizowania zmiany mentalności społeczeństwa. Pokojowe współistnienie dotychczas uprzywilejowanej białej mniejszości z bezlitośnie wykorzystywaną i uciskaną rdzenną ludnością wydaje się jedyną drogą mogącą zapewnić sukces młodej demokracji.


Mandela szansę na rozbudzenie świadomości narodowej dość nieoczekiwanie dostrzega w rugby. Dyscyplina wprowadzona i kultywowana przez białych zyskała dużą popularność również wśród wielu Afrykańczyków. Prezydent postanawia wykorzystać swój autorytet, aby zapobiec planowanej zmianie barw oraz nazwy narodowej drużyny. RPA ma być gospodarzem zbliżających się mistrzostw i choć reprezentacja nie radzi sobie najlepiej, Mandela zaczyna otwarcie okazywać jej zainteresowanie oraz wsparcie. Zaprasza nawet na prywatną rozmowę kapitana drużyny, Francois Piennara (Matt Damon). Spotkanie natchnie ambitnego zawodnika nowym bojowym duchem, a widzowie zostaną wciągnięci w dalszą część historii.


"Invictus" to skierowany do masowej publiczności film edukacyjny. Wprowadzający rys historyczny jest odpowiednio klarowny i atrakcyjny, akcja zgrabnie zdynamizowana dzięki obecności wyraźnie zarysowanych drugoplanowych postaci. Eastwood znakomicie wykorzystuje charyzmę Morgana Freemana, którego rola stanowi najjaśniejszą stronę "Invictusa". Aktorowi udaje się stworzyć wiarygodny portret współczesnego mędrca, a reżyser wyraźnie zafascynowany postacią Mandeli pozwala widzom na jakże cenne we współczesnym kinie momenty skupienia, pozostania z bohaterem chwilę dłużej niż wymagałaby dokumentalna kronika. Matt Damon w roli kapitana radzi sobie zaskakująco dobrze. Jego Pienaar musi rzecz jasna pozostać w cieniu Mandeli, ale pozostaje pełnowymiarową postacią przykuwającą uwagę widza. Wiele w tym zasługi odpowiednio skonstruowanego scenariusza oraz dojrzałej reżyserii Eastwooda. Doprawdy obie oscarowe nominacje okazują się w pełni zasłużone.


Niestety masowy odbiorca dyktuje szereg rozwiązań, które osłabiają przekaz "Invictus". Wprawdzie wątek szefa ochrony pozwala przykuć uwagę widza i wprowadzić element zaskoczenia, jednak na tle przedstawionej historii wydaje się wprowadzony sztucznie. Moralizatorski przekaz niektórych scen staje się momentami banalnie dosłowny, co kontrastuje z mistrzostwem aktorskich kreacji. Szczególnie razi sekwencja odwiedzin drużyny rugby na Robben Island, gdzie przetrzymywany był Mandela. Aż żal, że zabrakło tu nieco oryginalności, walorów historycznego fresku. Wreszcie wprost nie sposób pominąć wyjątkowo chybionej muzyki. Infantylne kompozycje pozostawiają przykry niesmak zwłaszcza w drugiej połowie filmu. Któż jest za nie odpowiedzialny? Polecam wczytanie się w napisy końcowe.


"Invictus" stawia pytanie o fenomen sportu w kontekście tożsamości narodowej. Pytanie bardzo ciekawe, stanowiące wręcz wartość samą w sobie. Odpowiedź, która płynie z ekranu jest lekka i przewidywalna. Na szczęście jednocześnie film Eastwooda stał się niezwykłym portretem jednostki, opowieścią o ludziach zdolnych zmieniać bieg historii. Być może to dwukrotnie przytoczone w filmie słowa wiersza Williama E. Henley'a sprawiają, że seans "Invictus" pozostawia pozytywne wrażenie. Zawierają głębię, której niejednokrotnie zabrakło na ekranie.



Out of the night that covers me,
Black as the Pit from pole to pole,
I thank whatever gods may be
For my unconquerable soul.

In the fell clutch of circumstance
I have not winced nor cried aloud.
Under the bludgeonings of chance
My head is bloody, but unbowed.

Beyond this place of wrath and tears
Looms but the Horror of the shade,
And yet the menace of the years
Finds, and shall find, me unafraid.

It matters not how strait the gate,
How charged with punishments the scroll.
I am the master of my fate:
I am the captain of my soul.

(William Ernest Henley, "Invictus")

czwartek, 11 lutego 2010

Kislorod (2009)


Na wielu współczesnych wieczorkach poetyckich ogarnia słuchaczy żal, że autorzy przestali już zadawać sobie trud skrywania haniebnego braku treści obecnością rymów. To samo uczucie towarzyszy projekcji najnowszego filmu Iwana Wyrypajewa "Tlen". Zdobywca nagrody publiczności na ubiegłorocznym festiwalu Era Nowe Horyzonty jest smutnym świadectwem granic filmowego eksperymentu.


"Tlen" składa się z dziesięciu segmentów, piosenek podanych w teledyskowej formie. Tekstem do współczesnej, rozrywkowej muzyki elektronicznej są monologi dwojga narratorów, w których wcielają się Karolina Gruszka oraz Aleksei Filimonov. Opowiadają oni historię dwojga bohaterów odtwarzanych przez tych samych aktorów. W pierwszej sekwencji poznajemy mężczyznę, który wiedziony wielką namiętnością do rudowłosej Saszy, zgładził łopatą swoją żonę. Mężczyzna pochodzi z ludu i zamieszkuje na wsi. W drugim utorze jesteśmy świadkami narodzin tego fatalnego w skutkach romansu u stóp pomnika "znanego pisarza". Miłosny zryw młodzieńca zostaje odwzajemniony i kochankowie zaszywają się w mieszkaniu zjawiskowej dziewczyny. Tam jednak przyłapuje ich jej mąż "przystojny brunet z teatralnym wykształceniem". Brutalnie wyrzucona z domu Sasza wyrusza pociągiem z kochankiem do jego rodzinnej wioski. Mniej więcej do tego momentu ogranicza się wartstwa fabularna filmu. Nie wypada zdradzać przedziwnej puenty całej historii.


"Tlen" atakuje widza zarówno agresywnym montażem, jak również nieustannie płynącym z ekranu monologiem. Recytowany tekst ma formę poematu. Rozpoczyna się za każdym razem cytatem z Pisma Świętego, by po chwili odpłynąć w beztroską, luźno nawiązującą do fabuły grafomanię. Banalne metafory przeganiają się z pseudomelicznością bazującą głównie na natrętnych epiforach lub powtórzeniach całych wersów tylko w kilku przypadkach broniących się jako refren. Próżno tu czekać aliteracji czy oryginalnych onomatopei i bynajmniej nie jest to wina polskiego przekładu. To zadziwiające dokonanie, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę możliwości, jakie oferujena tym polu język rosyjski. Nie trzeba chyba dodawać, że nie ma również co szukać w zalewającym odbiorcę przekazie frapujących treści. Tytułowy tlen przewija się jako symbol wolności, miłości, szaleństwa czy wreszcie życia. Historia zabójstwa żony skojarzona zostaje z terrorystycznymi atakami na Stany Zjednoczone oraz wojną w Iraku. Wytknięty jest cynizm młodego pokolenia, jak również jego zagubienie. Nie zabraknie wyjątkowo błyskotliwej obserwacji, że rosyjska prowincja różni się od blichtru i stylu życia stolicy. Wszystko to podane w ciężkostrawny, a przede wszystkim nachalnie oczywisty sposób.


Może zatem motywacji twórcy należy szukać w obrazie? W końcu wybiera Wyrypajew dającą dużą swobodę formę teledysku. Wielu widzów uważa, że odrzucając mało istotną treść dali się porwać odważnej konwencji. Sam reżyser niejako dystansuje się od przekazu w momencie, gdy z ust narratora pada pytanie: "Co jest dla ciebie najważniejsze? Jeżeli odpowiesz, że tlen, to wychodzę". Niestety brak jakichkolwiek ograniczeń formalnych działa raczej na niekorzyść "Tlenu". Pomysłowe i solidnie zrealizowane ujęcia towarzyszą całej serii niesłychanej filmowej grafomanii, ukoronowaniem której niewątpliwie jest scena, kiedy to Gruszka i Filimonov, pląsając ku sobie po powierzchni Księżyca docierają do zamkniętych drzwi, po których otwarciu zamiast bohaterów oczom widzów ukazują się dwa psy. Podobnych smaczków jest o wiele więcej, nie mamy tu jednak niestety do czynienia ze świadomym operowaniem kiczem czy przejaskrawieniem, a raczej z realizacją ambitnych pseudointeligenckich fascynacji.


Iwan Wyrypajew nie szanuje słowa. To zastanawiająca cecha u scenarzysty i dramaturga. Być może w ramach zacieśniania przyjaźni polsko-rosyjskiej kolejny scenariusz napiszę wspólnie z pokrewną mu duszą Iwoną Litewczuk, ciągle jeszcze niedocenianą autorką dzieła "Niebiański exodus". W ramach przedsmaku pozwolę sobie pozostawić czytelnika z próbką talentu lirycznego wspomnianej autorki.


"Chcę być skrzypcami
w twojej dłoni
i smyczkiem w drugiej
i jeszcze strunami
po których płyniesz
wprawną falą
i tym dźwiękiem
który niewiadomo skąd
niewiadomo jak
tak naprawdę to
do końca nie wiadomo"

środa, 10 lutego 2010

Limits of control (2009)


Jim Jarmush wypracował unikatowy język narracji. Język na tyle oryginalny, że na każdy kolejny film amerykańskiego reżysera czeka się z ciekawością. W "Limits of control" widz zostaje zabrany w kryminalną podróż do Hiszpanii. Okaże się ona niezwykła pod każdym względem.


Isaach De Bankolé wciela się w bezimiennego Zawodowca. Nie wiemy, kim jest ani skąd przybywa. Poznajemy go w momencie, gdy na lotnisku odbiera enigmatyczne zlecenie od dwóch gangsterów. Ma odwiedzić wieże, wstąpić do kawiarni, poczekać kilka dni i wypatrywać skrzypiec. Ale przede wszystkim robić to, co umie robić najlepiej: używać swojej wyobraźni.


Rozpoczyna się Jarmushowe kino drogi. Bohater przybywa do Madrytu. Jest profesjonalistą w każdym calu. Żyje w uporządkowanym świecie rytuałów, do których widz nie zostanie w pełni dopuszczony. Dowiemy się tylko, że tajemniczy Zawodowiec nie potrzebuje snu, w każdej kawiarni czy bufecie składa to samo zamówienie i codziennie powtarza identyczny układ tai chi. Wykonanie powierzonego mu zadania zaczyna od wycieczki do muzeum, gdzie zatrzymuje się przed obrazem przedstawiającym skrzypce. Następnego dnia w kawiarni pojawia się kontakt (Luis Tosar). Pod pachą niesie instrument w futerale. Przysiada się, wypowiada hasło, po czym wygłasza osobliwy monolog. Na koniec przekazuje kolejne zaszyfrowane instrukcje ukryte w charakterystycznym pudełku od zapałek z wizerunkiem boksera. Nad miastem lata czarny helikopter.


To właśnie seria takich spotkań poprowadzi bohatera przez całą intrygę. Jak w każdej historii kryminalnej pojawi się piękna dziewczyna (Paz de la Huerta). Będzie czekać w pokoju hotelowym, naga, wyzywająca, z pistoletem w dłoni. Zawodowiec ma jednak swoje zasady. Zawiedziona kusicielka, przeciągając się na łóżku skwituje: "Bez broni, bez seksu. Jak ty to znosisz?". Zostanie z nim kilka dni, okaże się bowiem pośrednikiem ważnej przesyłki.


Klucz do odczytywania "Limits of control" dostajemy razem z bohaterem w pierwszym monologu filmu. Jarmush zostawia nas z zestawem tropów, sentencji, które powracają w miarę rozwoju akcji, najczęściej przywoływane w monologu którejś z napotkanych postaci. Tilda Swinton jako Blondynka powie, że diamenty są najlepszym przyjacielem kobiety. John Hurt powtórzy słowa "La vida no vale nada" ("Życie nie jest nic warte"). Gael Garcia Bernal opowie o halucynogenach i fascynacji odbiciami. Wszystkie te zdania powracają w kontekstach otwierających drogi do interpretacji. Bo tym właśnie jest najnowszy film Jamusha: zaproszeniem do odczytywania zaklętej na ekranie rzeczywistości, do poszukiwania znaczeń, odniesień kulturowych. To forma wyrafinowanej zabawy, bo seans "Limits od control" przypomina lekturę Cortazara, wymaga skupienia i przyjęcia reguł narzuconych przez narrację.


Reżyser proponuje nam wyprawę w głąb języka, jakim posługuje się kino. Po pierwsze na poziomie konstrukcji przedstawianej historii oraz zabiegów czysto operatorskich. Nie bez przyczyny "Limits of control" zawiera klamrę kompozycyjną, a pomiędzy statycznymi ujęciami zauważymy część sekwencji nakręconych z wolnej ręki. Po drugie, i może nawet istotniejsze, jest to studium schematów i reguł rządzących gatunkiem, jakim jest kryminał. Tilda Swinton przywołuje w swoim monologu Hitchcocka. Iluzja, oszustwo, czytanie między wierszami to domena słynnego Brytyjczyka. Jarmush pozwala sobie na to samo, konstrując siatki odniesień, podwójne dno przekazu. Dla przykładu, Blondynka wspomina również "Damę z Szanghaju" Orsona Wellesa: "Rita Hayworth jako blondynka? Bez sensu. W dodatku na końcu ginie". Naga dziewczyna z hotelu opowiada chwilę później o swojej miłości do Schuberta i choć nie padnie nazwa jego kwartetu smyczkowego d-moll "Śmierć i dziewczyna", to słowa te już unoszą się w powietrzu. Kryminał potrafi zwodzić. Posługując się prostą fabułą przemyca niezliczone cytaty, na co wskazuje i co inteligentnie wykorzystuje Jarmush.


Ale jest "Limits of control" także niezwykłą wyprawą do Hiszpanii. Jarmush zawsze był znakomitym obserwatorem. Tym razem razem z Isaakiem De Bankolé będziemy przemierzać wąskie kolorowe uliczki, wsłuchiwać się w wieczorne odgłosy ruchliwej ulicy, z perspektywy kawiarnianego stollika kontemplować kościelne wieżyczki. Podczas wyprawy pociągiem ukaże się nam krajobraz tego kraju: wzgórza pokryte wiatrakami, spalona słońcem ziemia, rzędy równo zasadzonych drzew. Znajdzie się też miejsce na występ flamenco. Hiszpania Jarmusha obajwia się zestawem wrażeń z pierwszej wizyty obcokrajowca. Dlatego też hasłem, po którym rozpoznają bohatera członkowie gangu jest zdanie: "Nie mówi pan po Hiszpańsku, prawda?".


"Limits of control" zapewne znuży część widzów. Nie podejmą zabawy w odszukiwanie tropów z prozy Italo Calvino, odczytywanie Fassbinderowskich fascynacji. Ale nawet oni muszą przyznać, że pierwszym zamówieniem, jakie przyjdzie im następnym razem do głowy w kawiarni, będą dwie espresso. W osobnych filiżankach.

sobota, 6 lutego 2010

Królik po berlińsku (2009)


Szlachectwo zobowiązuje. Nominacja do Oscara w kategorii Najlepszy Krótkometrażowy Film Dokumentalny dla "Królika po berlińsku" Bartosza Konopki podziałała mobilizująco na Pierwszy Program Telewizji Polskiej. W ostatniej chwili zmieniono ramówkę i w godzinach wieczornych telewidzowie mogli obejrzeć naszego kandydata w tegorocznym wyścigu po statuetkę.


Rok 1952. W Berlinie pogłębia się podział między NRD a RFN. Wzdłuż zabezpieczonej płotami granicy powstaje pięciusetmetrowy pas ochronny, który za dziewięć lat przerodzi się w słynny mur. Utworzoną w ten sposób pilnie strzeżoną strefę graniczną wypełnia zieleń. Fakt o doniosłym znaczeniu w życiu wielu króliczych rodzin, zamieszkujących gościnne łąki zamienione w ziemię niczyją.
"Królik po berlińsku" to dokument nietypowy. Bohaterami prowadzonej spokojnym głosem Krystyny Czubówny narracji są sympatyczne i niezwykle pocieszne gryzonie. Mur, który powstaje w środku miasta to dla nich wymarzona nisza ekologiczna. Odizolowana od naturalnych drapieżników i nie nękana przez ludzi królicza zbiorowość zyskuje idealne warunki do życia i prokreacji. W krótkim czasie zasiedla cały pas zieleni. Kamera przygląda im się z rzetelną uwagą, zagląda do ich norek, ukazje sielankę łąki wypełnionej soczystą trawą. Jednocześnie wypowiedź strażnika oraz ekspertyza biologa przybliżają widzowi niezwykłość króliczego położenia. Historia toczy się dalej i widz, zanim zdąży się zorientować, śledzi dalsze losy zwierząt z zapartym tchem. Zwłaszcza, że wraz z budową właściwego muru oraz zaostrzeniem kontroli strefy granicznej króliki czekają dramatyczne zmiany.


Sukcesem dokumentu Konopki jest postawienie widza wobec konieczności nieustannej interpretacji wydarzeń rozgrywających się na ekranie. Sami musimy odnajdować historyczny kontekst i konfrontować go z króliczymi losami. Jednocześnie znakomita realizacja, prawdziwie mistrzowskie połączenie filmu przyrodniczego z dokumentem historycznym zachęca do zmierzenia się z proponowaną przez autorów zaskakującą konwencją. "Królik po berlińsku" odnajduje trzeci punkt widzenia. Mur widziany od środka. Świat jego mieszkańców jest odbiciem, odwróconym obrazem sytuacji obecnych na zewnątrz ludzi. Dramat Niemców tylko z pozoru pozostaje tutaj wielkim nieobecnym. Obecne na ekranie emocje rzutujemy bez przerwy na dwie płaszczy. Obiektyw kamery odsłania analogie między obiema rzeczywistościami do momentu, kiedy ostatnie ujęcie pozostawia widza nieobojętnym świadkiem historii. To podróż do istoty dokumentu.


"Królik po berlińsku" może okazać się dla amerykańskiej Akademii dziełem zbyt odległym mentalnie oraz historycznie. Jednak nominacja to ukłon w stronę inteligentnego dokumentu autorskiego. Można mieć nadzieję, że gatunek ten coraz częściej będzie gościł w naszych kinach.

wtorek, 2 lutego 2010

"Moja krew" (2010)


Igor obficie krwawi. Właśnie odzyskał przytomność po walce bokserskiej. Opatrują go sanitariusze. "Wygrałem?", pyta na wpół przytomny. "Wygrałeś, trafił cię po gongu.", odpowiada trener. Igor krzyczy. Chce walki o tytuł. Jeszcze nie wie, że umiera.


Tak zaczyna się debiutancki film Marcina Wrony "Moja krew". Młode, agresywne, pełne polotu kino. Na wskroś współczesnym językiem narracji przedstawia nietypowy wycinek polskiej rzeczywistości. I choć nie unika przy tym błędów, pozostawia widza pod silnym wrażeniem.


Przed śmiercią Igor (Eryk Lubos) próbuje uporządkować swoje sprawy. Z pojedynczych sekwencji wyłania się historia. Przedszkolanka, którą odwiedza, to była narzeczona jego przyjaciela, Monika (Joanna Pokojska). Monika jest z Igorem w ciąży. Nie chce go znać. Przyjaciel, Olo (Wojciech Zieliński), mówi do słuchawki tylko jedno słowo, po czym ją odĸłada. Bohater nie znajdzie oparcia także w trenerze, który nie chce wpuścić go nawet na sparing. Zamiast tego proponuje udział w ustawionej walce. Igor wyładowuje gniew na imprezach, jeździ niebezpiecznie po mieście, sypia z dziwkami.


Pierwsza część filmu rozczarowuje. Reżyser chcąc grać cały czas na najwyższej nucie zapełnia kadr na przemian krzyczącymi to płaczącymi bohaterami. Postać Igora zanurzonego w autodestrukcyjnym pędzie nie może wzbudzać sympatii, niestety nie wzbudza również specjalnego zainteresowania. Wydaje się, że podobną historię widzieliśmy w kinie już wiele razy.


I wtedy na ekranie pojawia się Yen Ha (Luu De Ly), Wietnamka pracująca w barze na Stadionie Dziesięciolecia. Zafascynowany bohater śledzi ją i składa nietypową propozycję: w zamian za obywatelstwo po zawarciu małżeństwa Yen ma urodzić jego dziecko. Tak naprawdę wstrząsające kino zaczyna się dopiero od tej właśnie chwili. Widz angażuje się w patologiczną relację, która łączy bohaterów. Jakkolwiek brutalna i balansująca na granicy wiarygodności, buduje właściwą dramaturgię obrazu. Znakomicie napisana i zaskakująco dojrzale zagrana rola Luu De Ly wprowadza do filmu świeżość i oryginalność. Scena wyboru sukni ślubnej mistrzowsko balansuje na granicy surrealistycznego pastiszu, a sekwencje zrealizowane na opustoszałym Stadionie ukazują mroczną, nieodmiennie przerażającą stronę warszawskiej codzienności. Wydaje się, że równie sugestywnych obrazów ze stolicy nie widzieliśmy w kinie od czasów "Szamanki" Żuławskiego. Dzieje się tak zarówno za sprawą fantastycznych zdjęć Pawła Flisa, jak i reżyserii Marcina Wrony. Polska "Moja krew" przemawia językiem światowego współczesnego kina.


Debiut Marcina Wrony wywołuje w widzach skrajne reakcje. Jedni nazywają go "hiperszowinistyczną pochwałą męskości", inni "uniwersalną historią o nawróceniu". Na szczęście "Moja krew" to zbyt inteligentne kino, aby być tylko jednym czy drugim. Desperacka próba walki Igora o świat, w którym liczą się przyjaźń, duma i honor doczeka się okrutnego komentarza. Klamra kompozycyjna i epilog w postaci weselnej przemowy bohatera wydobywają na pierwszy plan rozgrywający się w tle kluczowy dramat. To dramat Yen Ha.
Wygląda na to, że po "Wojnie polsko-ruskiej" Xawerego Żuławskiego doczekaliśmy się kolejnego kontrowersyjnego filmu z pokolenia młodych polskich reżyserów. Zdecydowanie zachęca to do wycieczki do kina.