niedziela, 31 stycznia 2010

Moon (2009)


Sam Bell (Sam Rockwell) podpisał trzyletni kontrakt z Lunar Industries, potężnym potentatem energetycznym. Ma sprawować kontrolę nad wydobyciem helu-3 w jednej z baz korporacji na Księżycu. Na dwa tygodnie przed wypełnieniem umowy zauważa u siebie niepokojące objawy. Poczuciu odosobnienia zaczynają towarzyszyć przemęczenie, bóle głowy i halucynacje. Sytuacji nie poprawia brak bezpośredniej komunikacji z Ziemią spowodowany awarią satelity.
Spalanie helu-3 okazało się długo poszukiwanym źródłem czystej energii, które pozwoliło ludzkości wyjść z opresji niedostatku paliw kopalnych, nawodnić pustynie, uczynić świat lepszym miejscem do życia. Na bohaterze spoczywa więc wielka odpowiedzialność. W rzeczywistości sprowadza się ona do wysyłania kapsuł z wydobytym paliwem oraz kontrolowania pracy ogromnych buldożerów, które przemierzają powierzchnię Księżyca i co jakiś czas ulegają awarii. Jedynym towarzyszem Sama na stacji jest robot pokładowy GERTY. W domu czekają na niego żona, Tess (Dominique McElligott) oraz córka, która urodziła się już po jego wyjeździe. Co jakiś czas otrzymuje od nich transmisje video.


Debiutancki "Moon" Duncana Jonesa od początku wprowadza nas w klimatyczny nastrój science-fiction najwyższej próby. Świat zawodnych maszyn, rutyny i bezlitośnie wolnego upływu czasu przywodzi na myśl mistrzowską prozę Stanisława Lema. Odarty z romantycznych mrzonek o podboju kosmosu czy ekspansji ludzkiej cywilizacji stawia przed widzem wizję realistyczną i spójną. Zamiast nadętej space-opery dostajemy wspaniałą, niemalże kameralną monodramę.


Sam Rockwell scena po scenie buduje przejmującą, złożoną rolę. Widz stopniowo będzie odkrywać, skąd wzięło się ciążące na postaci Bella piętno, które sprawia, że od pierwszych scen pojawia się element intrygującej zagadki. Ślad, który godziny samotności odcisnęły na psychice bohatera jest na tyle duży, że przestaje ufać samemu sobie. Tym bardziej nie ufa komputerowemu nadzorcy, przed którym nie przyznaje się do halucynacji. GERTY jest jednak bacznym obserwatorem. Głosem pozbawionym emocji (Kevin Spacey) zadaje, wydawać by się mogło rutynowe pytania o zdrowie i sampoczucie. Dba też troskliwie o bohatera, który ulega wypadkowi podczas naprawy jednej z maszyn. Jednak znalezisko, na które Sam natrafi w uszkodzonej maszynie postawi go przed całym szeregiem nowych, niepokojących pytań.


"Moon" powraca do korzeni gatunku. Podobnie jak w latach pięćdziesiątych science-fiction odzwierciedlało lęk przed bronią nuklearną oraz groźbą zimnej wojny, tak film Jonesa skrywa pytania przed którymi stawia ludzkość rozwój nauki i cywilizacji. Znakomity scenariusz i reżyseria sprawiają, że nie odnajdziemy w "Moon" ani krzty niepotrzebnego patosu, infantylnie zakamuflowanych politycznych komentarzy czy efektownych eksplozji. Odnajdziemy za to prawdziwy dramat bohatera, nadający filmowi wiarygodności, a przede wszystkim dawno nie widzianej w gatunku głębi. Ostatni dialog między Samem a GERTY'm to scena, którą śmiało można postawić obok słynnego końcowego monologu Halla z "Odysei kosmicznej" Kubricka. Będą do niej wracać całe pokolenia filmowców.

Avatar (2009)


"Avatar" jest produkcją za 300 mln dolarów. Dwuipółgodzinnym popisem doskonale wyreżyserowanych efektów specjalnych. I paradoksalnie ta doskonala reżyseria właśnie sprawia podczas seansu największy zawód.


Fabuła filmu nie wykracza nawet na moment poza trailer. Przyszłość. Bohater, poruszający się na wózku marines w stanie spoczynku, Jake Sully, dostaje nietypową propozycję. Ma objąć posadę swego tragicznie zmarłego brata bliźniaka, naukowca w szeregach potężnej korporacji. Projekt badawczy, w którym uczestniczył, dotyczy wyhodowania hybrydy człowieka i mieszkańca planety Pandora. Dzięki niepojętej magii inżynierii genetycznej istota taka posiada wszystkie cechy Pandorańczyka, natomiast Ziemianin, którego DNA wykorzystano, może przebywając w specjalnej kapsule wcielać się w taką istotę, hasać i harcować do woli. Niepodłączony twór, zwany jak można się domyślić Avatarem, nie posiada własnej woli ani świadomości. Na Jake'a czeka już jego własny Avatar. Musi tylko polecieć na Pandorę.


I tu pojawia się zawód. Cameron podsuwa zgrabnie sceny, w których widać, czym "Avatar" mógłby być, gdyby całego wysiłku scenarzysty nie skupiać na eksponowaniu kosztownych scen podniebnych pościgów, tudzież nocnych spacerów po fosforyzujacym lesie. Monumentalne, dopieszczone kadry i obrazy kłócą się bezlitośnie z idiotycznym scenariuszem, przerysowanymi bohaterami, wreszcie brakiem choćby krztyny realizmu. Jakim cudem mamy się przenieść na egzotyczną Pandorę, jeżeli nawet przez chwilę nie można uwierzyć w jej istnienie? Absurd tamtejszej rzeczywistości goni bowiem absurd.


Olbrzymia korporacja z Ziemi zatrudnia setki najemników, robotników i naukowców przy budowie baz na odleglej planecie, której wnętrze skrywa niezwykle drogocenny minerał. Inwestycja warta niewyobrażalnych pieniędzy. Kto jednak stoi na jej czele? Niekompetentny półglówek i wojskowy fanatyk. A czy nie zastanawia grupa naukowców składająca się z jednej pani biolog, bandy nieistotnych technicznych i doktoranta fajtłapy? Od samego początku znika szansa na ciekawe science-fiction. Naiwność zdarzeń i postaci przywodzi na myśl bajkę, jednak konia z rzędem temu, kto potrafi w "Avatarze" wkazać jakiś morał. Pozostaje kino przygodowe. Ale takie, którego dramaturgia będzie niestety w całości wynikiem kuglarskich sztuczek reżysera. Demaskują to doskonale kulminacyjne momenty sekwencji wielkiej bitwy, gdzie najpierw uronimy łezkę nad garstką nieistotnych postaci drugiego planu, po czym z zapartym tchem obejrzymy pojedynek niezniszczalnego pułkownika z nieugiętym głównych bohaterem.


Do kuglarskich sztuczek zaliczyłbym także wątki dające "Avatarowi" wspomniany posmak fabuły. Postać młodego doktora Norma i jego niechęć do głównego bohatera (problem, który rzecz jasna znika w momencie, gdy w ramach pospolitego ruszenia kto żyw chwyta za broń). Postać dr Grace, której relacje z mieszkańcami planety co jakiś czas zajmują w tle obowiazkową sekundę, na tyle długo, żeby nie oderwać uwagi od kolorowego fosforyzującego lasu. Wreszcie wątek bohatera, dobrodusznego najemnika Jake'a Sully. Najpierw bez większych wyrzutów sumienia gra on rolę podwójnego agenta, nieomal skazujac tym samym poczciwe plemię Na'vi na wymarcie, po czym dziarsko zakasa rękawy i braki w myśleniu nadrabia walecznością w trakcie powstania. Po raz kolejny dobre serce wojaka ratuje świat od zagłady.


Wreszcie boli wrażenie, że twórcy "Avatara" każą widzom wierzyć w trójwymiarową przyszłość kina. Nie dajmy się zwariować. Widowisko Camerona dowodzi niezbicie, że kino było, jest i będzie narzędziem do opowiadania historii. Przecież wrażenia wizualne, których dostarcza "Avatar" już dawno stały się udziałem graczy komputerowych. Wymuszony trzeci wymiar dodaje głębi obrazowi, skutecznie odbierając ją scenariuszowi.
W literaturze funkcjonowało niegdyś takie określenie jak "film trickowy". "Avatar" filmem trickowym XXI wieku.

sobota, 30 stycznia 2010

Freeway (1996)



Co zrobić, gdy po powrocie do domu na amerykańskim przedmieściu twoja matka wychodzi na ulicę zwabiać klientów obscenicznym makijażem i przykrótką spódniczką, a uzależniony od narkotyków ojczym próbuje zgwałcić cię na zabrudzonej, śmierdzącej kanapie? Co zrobić chwilę później, gdy oboje zostają aresztowani, a ty zostajesz pod nadzorem grubego babsztyla z opieki społecznej? Szesnastoletnia Vanessa (Reese Witherspoon) dokładnie wie, co począć w takiej sytuacji. Podstępem przykuwa kajdankami do łóżka tymczasową opiekunkę i zabrawszy pod pachę koszyk pełen łakoci wyrusza w drogę. Chce odnaleźć babcię, o której istnieniu wie tylko dzięki staremu zdjęciu z nabazgranym niewyraźnie adresem.
Początkowe sekwencje "Freeway" nie zapowiadają, że będziemy mieli do czyniena z bajką. A jednak. Samochód Vanessy wkrótce odmawia posłuszeństwa, z pomocą przychodzi na szczęście psycholog Bob (Kiefer Sutherland). Już jeden jego uśmiech wystarczy, by widz zorientował się, że Czerwony Kapturek właśnie napotkał Złego Wilka.


Debiutujący reżyser Matthew Bright postawił przed sobą karkołomne zadanie. Podejmuje dialog z historią prostą, naiwną i dziecieco niewinną. Osadza ją w pełnej przemocy, zdegenerowanej rzeczywistości wypełnionej wszelkiej maści patologiami i zboczeńcami. Perypetie Vanessy mimo iż niepozbawione humoru, składają się z serii drastycznych przeżyć. "Freeway" często szokuje widza, przekraczając tym samym granice niewymagającej myślenia rozrywki, co samo w sobie jest wyzwaniem.


Film Brighta na szczęście broni się znakomicie. Fabuła rozwija sie nie tylko żwawo, lecz również zaskakująco błyskotliwie. Scenariusz daje ogromne pole do popisu Reese Witherspoon. Jej Czerwony Kapturek staje się pełnowymiarową postacią. Wprawdzie ledwo radzi sobie z czytaniem i pisaniem, ale szczera i bezpośrednia do bólu, rezolutnie broni swoich racji. Charyzma aktorki sprawia, że na ekranie objawia się bohaterka, którą śmiało można postawić w galerii walczących feministek obok takich sław jak choćby Tura Satana znana z filmów Russa Meyera. Sutherland jako czarny charakter od poczatku bezbłędnie odnajduje się w roli psychopaty. Wreszcie prawdziwą wisienką na torcie jest kreacja Brooke Shields w roli żony Boba. Któż by ją podejrzewał o taką dozę autoironii?


Zawarta we "Freeway" bajka zaczyna żyć własnym życiem, dając jednocześnie reżyserowi dystans potrzebny do opowiedzenia historii Vanessy w unikatowy sposób. Czym zatem jest ten film? Przewrotnym moralitetem, czy może raczej cynicznym komentarzem amerykańskiej codzienności? Należy koniecznie przekonać się samemu.

Big Lebowsky (1998)


Bracia Coen o Ameryce po raz kolejny. Ich komedia z 1998 roku "The Big Lebowsky" to niezwykły mariaż groteski z filmem noir. Inteligentną satyrą na szalone lata siedemdziesiąte, która uwodzi widza zabawą z konwencją.


Tytułowy bohater to podstarzały hippis Jeffrey Lebowski (Jeff Brigdes), wszem i wobec znany jako "Koleś" (Dude). Prowadzi on spokojny żywot. Słucha nieśmiertelnych hitów rocka, zalega z czynszem za mieszkanie, popija ulubionego drinka, "Białego Rosjanina". Okazjonalnie popala trawkę. Fabuła zawiązuje się, gdy w monotonną egzystencję Kolesia wkracza dwóch zbirów, John i Woo. Pół biedy, że głowa bohatera ląduje w muszli klozetowej. Gorzej, że w ramach groźby Woo obsikuje jedyny dywan Kolesia. A to przecież on nadawał wnętrzu ten niepowtarzalny charakter ("The rug really tied the room together!"). Okazuje się, że bandyci pomylili Jeffrey'a z milionerem o tym samym nazwisku. Koleś postanawia wyjaśnić całą sprawę. Od tej pory niczym Philip Marlowe wkroczy w świat zawikłanej zagadki kryminalnej. Milioner poprosi go o nietypową przysługę. Koleś ma pośredniczyć w przekazaniu miliona dolarów porywaczom, którzy uprowadzili młodziutką żonę milionera, zalotną blondynkę Bunny (Tara Reid).


W sprawie pojawi się wiele aspektów. Prosty plan przekazania okupu skomplikuje interwencja najlepszego kolegi Jeffrey'a, Waltera (John Goodman). W ręce bandytów zamiast walizki trafią jego brudne gacie. Córka milionera, ekscentryczna artystka Maude (Julianne Moore), odkryje przed Kolesiem pornograficzną przeszłość słodkiej Bunny. Niemieccy nihiliści zagrożą mu kastracją, a walizka z pieniędzmi przepadnie wraz ze skradzionym w tajemniczych okolicznościach zdezolowanym samochodem.


Widz staje przed dziełem prawdziwie postmodernistycznym. Wyluzowany Koleś, wzorowy przedstawiciel lat siedemdziesiątych, podlega nagle nieubłaganym prawom filmu noir. Jego zleceniodawca to milioner kaleka, nad basenem spotyka zdeprawowaną piękność, trafia do siedziby lokalnego gangstera, w domu zastaje nagą kusicielkę, a między kolejnymi wątkami regularnie dostaje w zęby. Nie potrzeba dodawać, że niczym Bogart ani na moment nie traci zimnej krwi. Świat Johna Hustona miesza się ze światem Coenów. Narratorem historii jest wąsaty kowboj, John Goodman cytuje swoją rolę z "Burtona Finka", John Torturro przywdziewa obcisły fioletowy kombinezon i przed rzutem oblizuje kulę do kręgli. Nieprzytomny Koleś przeżywa musicalową wizję z Maude przebraną za Walkirię. "Big Lebowsky" unika jednak prostego szablonu parodii. Choć z łatwością odczytujemy satyrę na hippisow, fanatycznych weteranów z Wietnamu czy kult Burgerów, bohaterowie historii to postacie z krwi i kości. W krzywym zwierciadle amerykańskich mitów zachowują osobowość, co pozwoli Coenom na wyjście o krok poza banalną konwencję. A dzieje się tak za sprawą kręgli. Kręgle są życiową pasją Kolesia, Waltera i Dave'a (Steve Buscemi). Coroczne rozgrywki i treningi praktycznie organizują cały ich tryb życia. Odpowiednie buty, lśniące kule i zasady to świętość. Prawdziwe amerykańskie sacrum, którego Walter gotowy bronić z pistoletem w dłoni. To dzięki temu sacrum "Big Lebowsky" zawędruje tam, gdzie często prowadzą nas w swoich filmach genialni bracia: w czarny humor, niebezpiecznie ocierający się o rzeczywistość.